Edukacja

Piątek trzynastego…

„Zaraz po powrocie ze Szwajcarii Jim Simpson (ówczesny menadżer zespołu – przyp. aut.) chciał się z nami spotkać… Sięgnął do walizki i wyciągnął nową płytę Black Sabbath. Nie mogliśmy wydusić z siebie słowa. Na okładce znajduje się ponury piętnastowieczny młyn, wokół pełno zeschłych liści, jest też wątła kobieta z długimi, czarnymi włosami, ubrana na czarno: stoi na środku ze strasznym wyrazem twarzy. Genialne. Otwierało się rozkładaną kopertę, a tam wszystko czarne i odwrócony krzyż z mrocznym wierszem. Nie wpłynęliśmy w żaden sposób na wizję artysty… Czasem się mówi, że byliśmy niezadowoleni, ale to pierdoły z d*py wzięte. Jeśli dobrze pamiętam, okładka po prostu nas rozwaliła… Jej brzmienie powaliło… mało się nie rozpłakałem… odgłosy burzy i bicie dzwonów, więc brzmiał jak ścieżka filmowa… Do dzisiaj mam ciarki, kiedy tego słucham”.

Piątek 13 lutego 1970 roku przeszedł na zawsze do historii metalu jako dzień wydania albumu „Black Sabbath”. Dla wszystkich fanów metalu to album-ikona, od niego wszystko się zaczęło.

Wstęp to cytat z autobiografii Ozzy Osbourne – „Ja, Ozzy”. Opisuje jego pierwsze wrażenie, kiedy zobaczył okładkę i usłyszał pierwsze dźwięki wydobywające się z gramofonu ich menadżera, który odtwarzał ich debiut. Nie bez powodu, to jemu pierwszemu oddaję głos.

To tegoroczne odejście Ozzy’ego, ikonicznego, charyzmatycznego, ale też bardzo kontrowersyjnego wokalisty Black Sabbath nie tylko z rynku muzycznego, ale też tego świata stało się przyczynkiem do tej recenzji, a raczej ich serii.

Tak, jak Ozzy napisał, album zaczyna się od mrocznych dźwięków padającego deszczu, burzy, dzwonów. Nagle słyszymy charakterystyczne ciężkie i powolne riffy Tony’ego Iommiego, które w przyszłości staną się cechą rozpoznawczą zespołu. Nadaje to utworowi tajemniczości i mroku. Rozkręca się bardzo powoli, dopiero po upływie prawie półtorej minuty słyszymy pierwsze wokale Ozzy’ego, a dopiero na sam koniec solówkę. Utwór jest inspirowany koszmarem basisty – Geezera Butlera.

To tylko jeden z ośmiu utworów na tym albumie. To on był tym pierwszym, który zaczął definiować styl omawianego zespołu.

Początkowo produkcja nie wzbudziła entuzjazmu u krytyków. Szczególnie warto zwrócić uwagę na recenzję w magazynie „Rolling Stone”. Napisał ją Lester Bangs. Zarzucał im „pustosłowie”, „drewnianą” grę. Porównał ich nawet do zespołu Cream (grał w nim np. Eric Clapton) „Po prostu tacy, jak Cream, tylko gorsi”. Co ironiczne, po latach ten sam magazyn umieszczał ją na wielu listach najważniejszych płyt w historii.

Fani muzyki byli jednak innego zdania. Album w krótkim czasie wyprzedał się nakładzie pięciu tysięcy kopii. Pod koniec 1970 roku doszedł prawie do miliona. Co sprawiło, że osiągnął taki sukces? Istnieje kilka czynników. Paradoksalnie, ta negatywna opinia w „Rolling Stone” mogła przynieść mu rozgłos. Album żył także swoim własnym życiem wśród satanistów. Członkowie zawsze się od nich dystansowali. Nie zmienia to faktu, że wtedy takie społeczności były często tworzone w kręgu młodzieży i artystów.

Czy tylko fakt, że stworzyli nowy gatunek odpowiada za sukces albumu? Oczywiście, że nie! To przede wszystkim naprawdę bardzo dobry album.

Riffy Tony’ego na większości kompozycjach brzmią podobnie, ale już wtedy prezentował bardzo wysokie umiejętności. Są na nim zarówno proste, ale charakterystyczne i niepowtarzalne utwory jak drugi na płycie – „The Wizard”. Grany jest praktycznie ciągle w ten sam sposób, ale współpraca gitar, perkusji i harmonijki nadają mu po dziś dzień świeżego, bluesowego klimatu. Poza tym, to jeden z największych popisów perkusyjnych Billa Warda w historii zespołu.

Nie można pominąć tych bardziej skomplikowanych. Bez wątpienia należy do nich „Sleeping Village” (wcześniej „Devil’s Island”). Mnóstwo przejść, zmian tempa. Zaczyna się spokojnie, a potem jesteśmy „atakowani” mocnymi riffami. Na końcu słyszymy solówkę (a raczej dwie). Oczywiście, na gitarze gra tylko Tony. Zastosowano w nim tzw. tracking (nakładanie na siebie dwóch solówek). Wtedy to było dość rewolucyjne. Cały utwór jest bardzo melodyjny. Dość podobny jest „The Warning”, tylko tam dostajemy jeszcze bardziej rozbudowaną solówkę. Świetna współpraca gitary basowej z perkusją. Niesłusznie nieco mniej doceniane utwory w dyskografii Black Sabbath.

Nie wolno zapomnieć o prawdziwej ikonie. Ten utwór przyciągnął już wielu do gatunku – „N.I.B.”. Co jest w nim tak charakterystyczne? Pochodzi z niego jedna z najważniejszych solówek zagranych na basie. Dalej słyszymy świetną współpracę wszystkich instrumentów. Dlatego do dziś mimo, że minęło 55 lat jest wciąż taki „żywy”. Tekst stanowi odwrócenie biblijnego przekazu. W tym utworze diabeł nawraca się dzięki miłości do człowieka. Istotne jest też zakończenie utworu. Taki sposób z zapętlaniem riffu, rozlewaniem dźwięku po talerzach jest dzisiaj bardzo typowy dla rockowych i metalowych kapel. Wtedy był dość nowoczesny. Ówczesne zespoły kończyły zazwyczaj prostym „cięciem”. To było takie „rytualne domknięcie”.

Wiele można jeszcze napisać o tym albumie. To kawał historii. Nie chodzi jedynie o samą jego zawartość, okładkę, czy to, jak bardzo zapisał się w historii muzyki.

Wcześniejsza droga muzyków Black Sabbath do jego nagrania, powstawanie piosenek to materiał na nie jeden artykuł, a nawet być może na książkę. Ja jednak mogę tylko was zachęcić do zaznajomienia się z wydawnictwem, w przypadku niektórych, do przypomnienia sobie tej ikony.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *