Sport

Ważne zwycięstwo Śląska. Dziki finisz

Śląsk Wrocław – Dziki Warszawa 109:100

𝐒𝐭𝐚𝐫𝐜𝐢𝐞 𝐳 𝐫𝐨𝐳𝐩ę𝐝𝐳𝐨𝐧𝐲𝐦 𝐫𝐲𝐰𝐚𝐥𝐞𝐦 𝐢 𝐬𝐳𝐚𝐧𝐬𝐚 𝐧𝐚 𝐫𝐞𝐡𝐚𝐛𝐢𝐥𝐢𝐭𝐚𝐜𝐣ę

W Hali Orbita we Wrocławiu kibice Orlen Basket Ligi obejrzeli bardzo emocjonujące spotkanie, w którym Śląsk Wrocław podejmował rozpędzone Dziki Warszawa. Goście przyjechali do stolicy Dolnego Śląska jako drużyna, która cztery razy z rzędu wygrywała swoje mecze ligowe, co tylko podkreślało rangę tego starcia. Dla Śląska była to z kolei idealna okazja do rehabilitacji przed własną publicznością po nieudanym, wręcz dramatycznym występie w Ostrowie, o którym wrocławianie chcieli jak najszybciej zapomnieć.

𝐖𝐲𝐫ó𝐰𝐧𝐚𝐧𝐲 𝐩𝐨𝐜𝐳ą𝐭𝐞𝐤 𝐢 𝐜𝐢𝐨𝐬 𝐃𝐳𝐢𝐤ó𝐰 𝐩𝐫𝐳𝐞𝐝 𝐩𝐫𝐳𝐞𝐫𝐰ą

Pierwsze dwie kwarty były bardzo wyrównane. Zespoły szły łeb w łeb, odpowiadając cios za cios i nie pozwalając rywalowi na wypracowanie wyraźnej przewagi. Niestety dla gospodarzy, końcówka drugiej odsłony należała do Dzików – skuteczna gra warszawian sprawiła, że Śląsk schodził do szatni, przegrywając różnicą 10 punktów, co stawiało wrocławian w trudnej sytuacji przed drugą połową.

𝐃𝐳𝐢𝐞𝐬𝐢ęć 𝐩𝐮𝐧𝐤𝐭ó𝐰 𝐬𝐭𝐫𝐚𝐭𝐲 – 𝐭𝐫𝐮𝐝𝐧𝐞 𝐩𝐨ł𝐨ż𝐞𝐧𝐢𝐞 Ś𝐥ą𝐬𝐤𝐚 𝐩𝐨 𝐝𝐰ó𝐜𝐡 𝐤𝐰𝐚𝐫𝐭𝐚𝐜𝐡

Strata wypracowana tuż przed przerwą była wyraźnym sygnałem ostrzegawczym dla gospodarzy. Dziki Warszawa wykorzystały moment dekoncentracji Śląska, grając cierpliwie w ataku i skutecznie kończąc swoje akcje. Wrocławianie musieli w przerwie dokonać korekt, jeśli chcieli wrócić do rywalizacji i myśleć o zwycięstwie.

𝐓𝐫𝐳𝐞𝐜𝐢𝐚 𝐤𝐰𝐚𝐫𝐭𝐚 𝐩𝐫𝐳𝐞ł𝐨𝐦𝐞𝐦: 𝐨𝐛𝐫𝐨𝐧𝐚, 𝐤𝐭ó𝐫𝐞𝐣 𝐛𝐫𝐚𝐤𝐨𝐰𝐚ł𝐨

Po przerwie obraz gry zaczął się jednak zmieniać. Trzecia kwarta była momentem przełomowym – Śląsk rozpoczął systematyczne odrabianie strat i w końcu wrócił na właściwe tory. Po raz pierwszy w tym sezonie można było zobaczyć to, czego wcześniej bardzo brakowało: twardą, konsekwentną obronę. Presja w defensywie, lepsze rotacje i większe zaangażowanie przełożyły się na szybkie punkty i odzyskanie kontroli nad meczem.

𝐃𝐳𝐢𝐤𝐢 𝐧𝐢𝐞 𝐨𝐝𝐩𝐮𝐬𝐳𝐜𝐳𝐚𝐣ą – 𝐇𝐨𝐫𝐭𝐨𝐧, 𝐒𝐨𝐚𝐫𝐞𝐬 𝐢 𝐂𝐡𝐚𝐯𝐞𝐳 𝐭𝐫𝐳𝐲𝐦𝐚𝐣ą 𝐰𝐲𝐧𝐢𝐤

Dziki Warszawa długo pozostawały groźne. Landrius Horton, Rivaldo Soares oraz Tahlik Chavez rozegrali bardzo dobre zawody, regularnie nękając obronę Śląska i trafiając ważne rzuty, w tym z dystansu. Amerykanie zbierali „trójki” jak uczeń z czasów PRL-u, który nie miał najmniejszej ochoty na naukę, i skrupulatnie kolekcjonował tróje tylko po to, by przepchnąć się do następnej klasy. Efekt? W sumie 9 celnych rzutów z 10 trafień całej drużyny Dzików.

𝐊𝐨ń𝐜ó𝐰𝐤𝐚 𝐝𝐥𝐚 𝐠𝐨𝐬𝐩𝐨𝐝𝐚𝐫𝐳𝐲. „𝐕𝐞𝐧𝐢, 𝐯𝐢𝐝𝐢, 𝐯𝐢𝐜𝐢” Ś𝐥ą𝐬𝐤𝐚

Ostatecznie jednak końcówka należała do gospodarzy. W dwóch ostatnich kwartach zarówno obrona, jak i atak Śląska funkcjonowały tak, jak powinny, a wrocławianie pokazali charakter i jakość. Idealnie pasuje tu rzymskie powiedzenie „veni, vidi, vici” – Śląsk przyszedł, zobaczył i zwyciężył. Co więcej, był to pierwszy mecz w tym sezonie, w którym Śląsk przekroczył granicę 100 punktów, rzutem osobistym Stefan Djordjevica a spotkanie zakończyło się wynikiem 109:100.

𝐋𝐢𝐝𝐞𝐫𝐳𝐲 Ś𝐥ą𝐬𝐤𝐚 𝐧𝐚 𝐰𝐲𝐬𝐨𝐤𝐨ś𝐜𝐢 𝐳𝐚𝐝𝐚𝐧𝐢𝐚

W drużynie gospodarzy na szczególne wyróżnienie zasłużyli Kadre Gray, Noah Kirkwood oraz Jakub Nizioł. Ten ostatni początkowo unikał odpowiedzialności, ale z biegiem czasu nabierał pewności siebie i w kluczowych momentach pokazał pełnię swoich możliwości.

𝐙𝐰𝐲𝐜𝐢ę𝐬𝐭𝐰𝐨, 𝐤𝐭ó𝐫𝐞 𝐦𝐨ż𝐞 𝐧𝐚𝐩ę𝐝𝐳𝐢ć 𝐝𝐫𝐮ż𝐲𝐧ę 𝐩𝐫𝐳𝐞𝐝 𝐤𝐥𝐚𝐬𝐲𝐤𝐢𝐞𝐦 𝐳 𝐀𝐧𝐰𝐢𝐥𝐞𝐦

Zwycięstwo nad tak rozpędzonym rywalem może być dla Śląska ważnym impulsem. Tym bardziej, że już drugiego dnia świąt wrocławian czeka bardzo wyczekiwany mecz z Anwilem Włocławek – jedno z klasycznych ligowych starć, które od lat elektryzuje kibiców. Po takim występie w Hali Orbita apetyty fanów Śląska przed tym pojedynkiem z pewnością znacząco wzrosły.

Relacja

Paweł Skuza

Mateusz Wychodzki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *