Kultura

Natalia Agape/Zagi. O dwóch… i innych twarzach warszawskiej wokalistki…

Zaczęłam grać pierwsze koncerty i po występach coraz częściej słyszałam pytania: „Masz już swoją płytę?”, „Gdzie można posłuchać tych piosenek?”. Dziś pewnie wrzuciłabym wszystko do internetu, ale wtedy nie było to takie oczywiste. Pomyślałam więc, że skoro ludzie chcą zabrać tę muzykę ze sobą do domu, to po prostu muszę ją wydać.

Początki

Jakub Wojtowicz: Zanim porozmawiamy o zmianach w twojej karierze, nawiążmy do Zagi. Skąd wziął się ten pseudonim?

Zagi: To była moja szkolna ksywka z gimnazjum. Jej źródło jest dość zabawne, bo wywodzi się od słowa „Zagłada”. Gdy na lekcjach WF-u graliśmy w siatkówkę, miałam podobno na tyle mocny serw, że koledzy dla żartu krzyczeli: „Uwaga, Zagłada serwuje!”. Później jedna z koleżanek skróciła to do „Zagi” i tak już zostało. Kiedy zaczęłam publikować własną muzykę, potrzebowałam po prostu nazwy, pod którą mogłabym występować. „Zagi” było czymś naturalnym, bo towarzyszyło mi już od lat. Dziś patrzę na ten pseudonim z dużą wdzięcznością. Przez kilkanaście lat stał się czymś znacznie większym niż szkolną ksywką – był nazwą projektu, pod którym wydałam sześć płyt, zagrałam setki koncertów i poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi.

JW: No tak, „Zagłada” brzmiałaby bardziej jak pseudonim wokalistki metalowej niż autorki popowo-alternatywnych utworów. Muzyka była jednak obecna w Twoim życiu od samego początku. Pochodzisz z muzycznej rodziny, a Twoja mama jest nauczycielką gry na gitarze klasycznej. Jak duży wpływ miało to na Twoje wybory?

Zagi: Tak, zgadza się. Moja mama po dziś dzień uczy gry na gitarze klasycznej i prowadzi również warsztaty ukulele. Myślę, że dzięki temu, że muzyka była obecna w moim domu od zawsze, naturalnie się nią zainteresowałam. Nie było jednego momentu, w którym zainteresowałam się muzyką – ona po prostu zawsze była obok. Zabawne jest też to, że później trochę odwróciły się role, bo to ja przedstawiłam mamie ukulele. Można więc powiedzieć, że wzajemnie się inspirowałyśmy.

JW: Jeden z moich poprzednich rozmówców – Piotr Cugowski mówił, że skrzypce są świetnym instrumentem do kształtowania słuchu muzycznego. Ty również miałaś z nimi kontakt. Jak wspominasz naukę gry i czy zgadzasz się z tą opinią?

Zagi: Myślę, że tak. Skrzypce to instrument, który właściwie niczego nie ukrywa i niczego nie wybacza. Nie mają progów, więc nie wystarczy po prostu położyć palca w odpowiednim miejscu – trzeba naprawdę usłyszeć dźwięk i nauczyć się go kontrolować. Z drugiej strony jest to też instrument wymagający ogromnej cierpliwości, zarówno od dziecka, jak i od rodziców. Pamiętam, że początki bywają dość… wymagające dla domowników (śmiech). Ale właśnie dlatego skrzypce świetnie rozwijają słuch muzyczny i uczą uważności na dźwięk.

JW: Wygląda na to, że po mamie przejęłaś nie tylko muzyczną pasję. Sama prowadzisz warsztaty i uczysz gry na ukulele. Skąd wzięła się u Ciebie potrzeba dzielenia się wiedzą?

Zagi: Tak, prowadzę warsztaty i właściwie zaczęłam to robić trochę przez przypadek. Z czasem okazało się jednak, że naprawdę to lubię. Ogromną satysfakcję daje mi obserwowanie, jak ktoś rozwija nowe umiejętności i nabiera pewności siebie. Lubię tworzyć przestrzeń, w której można popełniać błędy, próbować i po prostu cieszyć się procesem nauki. Myślę, że właśnie to najbardziej lubię w prowadzeniu warsztatów.

Płyty

JW: Jesteś aktywna na scenie od wielu lat. Jak wspominasz początki i wydanie swojej pierwszej płyty „Kilka słów o miłości”? To był rok 2012.

Zagi: To była płyta, która powstała bardzo naturalnie. Zaczęłam grać pierwsze koncerty i po występach coraz częściej słyszałam pytania: „Masz już swoją płytę?”, „Gdzie można posłuchać tych piosenek?”. Dziś pewnie wrzuciłabym wszystko do internetu, ale wtedy nie było to takie oczywiste. Pomyślałam więc, że skoro ludzie chcą zabrać tę muzykę ze sobą do domu, to po prostu muszę ją wydać. To był bardzo DIY-owy projekt. Kupiłam używane pudełka do CD, sama zaprojektowałam i wydrukowałam okładki, a potem własnoręcznie składałam wszystko w całość. Piosenki, które znalazły się na tej płycie były właściwie demówkami nagranymi w programie Cool Edit na moim laptopie. Patrząc z perspektywy czasu, było w tym dużo improwizacji, ale też ogromna radość tworzenia. Ta płyta nie jest dziś dostępna w serwisach streamingowych, choć czasem myślę o tym, żeby ją odkurzyć. Może kiedyś jeszcze wróci do słuchaczy jako ciekawy fragment mojej historii.

Początkowo planowałam pojedynczą transmisję, podczas której wspólnie ze słuchaczami napiszemy piosenkę. Tak spodobał mi się ten proces, że zaczęliśmy spotykać się regularnie. Po kilku utworach zrozumiałam, że powstaje z tego coś większego…

JW: Rok później ukazał się album „Uke”. Patrząc dziś z perspektywy czasu, czym różnił się ten etap względem pierwszego albumu?

Zagi: Tak, „Uke” również wydałam własnym sumptem, ale miałam już poczucie, że robię krok naprzód. Przy tej płycie po raz pierwszy współpracowałam z producentem – Michałem Wrzosińskim. Dzięki tej współpracy pojawiły się nowe brzmienia i pomysły, których wcześniej nie potrafiłabym jeszcze zrealizować samodzielnie. Bardzo dobrze pamiętam też koncert premierowy w warszawskim klubie Skład Butelek. Przyszło wtedy naprawdę dużo osób i po raz pierwszy poczułam, że wokół mojej muzyki zaczyna tworzyć się społeczność. Patrząc z perspektywy czasu, „Uke” było dla mnie ważnym krokiem. Nadal działam bardzo niezależnie, ale zaczynałam już dostrzegać, że ten projekt się rozwija i dociera do coraz większej liczby ludzi.

JW: No tak, bo nie tylko pisałaś i nagrywałaś muzykę, ale także często odpowiadałaś za oprawę wizualną i promocję. Jak wiele ról musi dziś pełnić niezależny artysta?

Zagi: Myślę, że współczesny niezależny artysta musi mieć bardzo szeroki zestaw umiejętności. Oprócz pisania i grania muzyki często zajmuje się też promocją, mediami społecznościowymi, organizacją koncertów czy oprawą wizualną swoich wydawnictw. W moim przypadku było podobnie. Większość okładek projektowałam sama, bo mam również wykształcenie graficzne. Przez lata nauczyłam się robić wiele rzeczy samodzielnie – trochę z potrzeby, a trochę z ciekawości. Dopiero w ostatnim czasie uczę się delegować zadania i coraz bardziej doceniam współpracę z innymi ludźmi. Kiedy każdy wnosi do projektu własną wrażliwość, doświadczenie i umiejętności, często powstają rzeczy, których nie dałoby się stworzyć w pojedynkę.

JW: Po kilku latach całkowicie niezależnego działania przyszedł moment współpracy z Pomatonem i Warner Music Poland. Jak wspominasz ten etap swojej kariery i jak doszło do nawiązania tej współpracy?

Zagi: Szczerze mówiąc, zaczęło się przypadkiem. Zastanawiałam się wtedy, co mogę zrobić, żeby dotrzeć do większej publiczności i zacząć grać większe koncerty. Pomyślałam, że dobrym krokiem byłoby supportowanie artystów, których cenię. Zaczęłam wysyłać wiadomości do różnych managementów. Jedną z osób, do których napisałam był Robert Kurpisz – ówczesny menadżer Meli Koteluk. Ku mojemu zaskoczeniu nie zaproponował mi supportu, tylko zainteresował się szerszą współpracą. Został moim menadżerem, a później wspólnie zaczęliśmy rozmawiać o kolejnych krokach dla projektu. To właśnie dzięki tej współpracy mój materiał trafił do Warner Music Poland i rozpoczął się kolejny etap mojej muzycznej drogi.

JW: Po albumie „Kilka lat, parę miesięcy i 24 dni” oraz wydanej wyłącznie cyfrowo EP-ce „Drapacz Chmur” wróciłaś do całkowicie niezależnego działania, zakładając własną wytwórnię Popcorn Records. Właśnie pod jej szyldem ukazał się później „Prześwit” – album tworzony wspólnie ze słuchaczami podczas pandemicznych transmisji na żywo. Jak narodził się ten pomysł?

Zagi: To rzeczywiście był wyjątkowy projekt. Pandemia zatrzymała koncerty i wiele planów, ale jednocześnie stworzyła przestrzeń na coś, czego prawdopodobnie w innych okolicznościach bym nie zrobiła. Początkowo planowałam pojedynczą transmisję, podczas której wspólnie ze słuchaczami napiszemy piosenkę. Tak spodobał mi się ten proces, że zaczęliśmy spotykać się regularnie. Po kilku utworach zrozumiałam, że powstaje z tego coś większego. Najcenniejsze było dla mnie poczucie współtworzenia i bliskości. Mam wrażenie, że właśnie wtedy wokół mojej muzyki zaczęła tworzyć się grupa osób, które zostały ze mną na dłużej. Do dziś myślę o „Prześwicie” nie tylko jako o płycie, ale również jako o doświadczeniu, które pokazało mi, jak można budować relacje z odbiorcami.

Kiedy gram koncert w czyimś domu, przyjeżdżam dużo wcześniej. Często wspólnie przygotowujemy przestrzeń, przestawiamy meble, rozmawiamy, jemy razem obiad. Tak naprawdę jestem częścią tego wydarzenia od samego początku.

JW: Czy doświadczenia z „Prześwitu” wpłynęły później na sposób, w jaki prowadzisz warsztaty i angażujesz swoją społeczność?

Zagi: Zdecydowanie tak. „Prześwit” pokazał mi, jak dużo może się wydarzyć, kiedy tworzy się coś razem z innymi ludźmi. Bardzo szybko okazało się, że te spotkania są czymś więcej, niż tylko transmisjami. Ludzie przychodzili z pomysłami, dzielili się swoimi historiami i wspólnie szukaliśmy słów. To doświadczenie do dziś wpływa na sposób, w jaki prowadzę warsztaty. Wiem już, że twórczość nie musi być samotnym procesem. Wręcz przeciwnie, obecność innych osób otwiera drzwi do pomysłów, na które sami byśmy nie wpadli. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć, jak wyglądał ten proces, wszystkie transmisje nadal są dostępne na YouTube. Lubię zostawiać po sobie takie ślady, bo są częścią historii, która doprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem dziś.

Koncerty

JW: Po okresie pandemicznego zatrzymania przyszedł czas bardzo intensywnego koncertowania. W ciągu kilku lat zagrałaś blisko 180 koncertów, z czego wiele odbyło się w prywatnych domach. Jak wspominasz ten etap?

Zagi: Rzeczywiście, tych koncertów było bardzo dużo. Ogromną rolę odegrał tutaj Bartek Borówka, który organizował dla mnie wiele koncertów domowych, choć wiele zorganizowałam również samodzielnie. To był dla mnie wyjątkowy czas, bo mogłam odwiedzić miejsca, do których prawdopodobnie nigdy bym nie trafiła. Zobaczyłam mnóstwo zakątków Polski i poznałam wiele osób. Koncerty domowe mają w sobie coś szczególnego. Zacierają granicę pomiędzy sceną i publicznością. Często nie kończyło się na samym występie – zostawaliśmy jeszcze na rozmowach, wspólnym posiłku czy herbacie. Myślę, że właśnie wtedy najmocniej zrozumiałam, że muzyka jest przede wszystkim sposobem na spotkanie z drugim człowiekiem.

JW: Jak wyglądają koncerty w domach ludzi? Sam miałem okazję uczestniczyć w jednym z takich twoich koncertów w Oleśnicy. Mam wrażenie, że to zupełnie inne doświadczenie niż koncert klubowy. Jak wpływa ono na relację ze słuchaczami?

Zagi: Myślę, że właśnie ta bliskość jest największą różnicą. Kiedy gram koncert w czyimś domu, przyjeżdżam dużo wcześniej. Często wspólnie przygotowujemy przestrzeń, przestawiamy meble, rozmawiamy, jemy razem obiad. Tak naprawdę jestem częścią tego wydarzenia od samego początku. Po koncertach też nie znikam od razu. Lubię zostać jeszcze chwilę, porozmawiać z ludźmi i lepiej ich poznać. Czasem są to krótkie rozmowy, a czasem kończy się na wielogodzinnych dyskusjach do późnej nocy. To właśnie odróżnia koncerty domowe od klubowych. W klubie wszystko dzieje się bardzo szybko, a tutaj jest przestrzeń na prawdziwe spotkanie. Myślę, że dzięki temu łatwiej budować relacje, które później zostają na dłużej.

Teledyski

JW: Przy albumie „Widnokrąg” poszłaś o krok dalej niż większość artystów – praktycznie każdy utwór doczekał się własnego teledysku. Jak ważną rolę odgrywa dla Ciebie obraz w opowiadaniu historii zawartych w muzyce?

Zagi: Zawsze miałam poczucie, że muzyka i obraz wzajemnie się uzupełniają. Jeśli można opowiedzieć historię nie tylko dźwiękiem, ale też obrazem, to dla mnie jest to dodatkowa wartość. Teledysk traktuję trochę jak przedłużenie piosenki – kolejną warstwę, która może pomóc odbiorcy wejść głębiej w dany utwór. Przy „Widnokręgu” postawiłam sobie ambitne wyzwanie, żeby każdy utwór otrzymał własną oprawę wideo. Było to ogromne przedsięwzięcie, szczególnie że od lat działam jako niezależna artystka i wszystkie projekty finansuję samodzielnie. Każdy dodatkowy teledysk oznacza nie tylko większy budżet, ale też miesiące pracy organizacyjnej i produkcyjnej. Jestem bardzo dumna z tego, że udało mi się zrealizować tę wizję, ale też wiem, ile kosztowało mnie to czasu, energii i środków.

JW: Wspominałaś, że obraz od zawsze był ważną częścią Twojej twórczości. Robiłaś teledyski już na początku swojej drogi, a dziś najpopularniejszym z nich pozostaje „Na haju w maj”. Jak myślisz? Co sprawiło, że właśnie ten utwór trafił do tak szerokiego grona odbiorców?

Zagi: Myślę, że duże znaczenie miało tutaj Radio Muzo.fm, które umieściło ten utwór na swojej liście przebojów. Zbiegło się to również z naszym koncertem w studiu i regularną emisją piosenki na antenie. To był moment, który pomógł dotrzeć do nowych słuchaczy. Radio nadal ma dużą siłę oddziaływania i myślę, że dzięki temu więcej osób zaczęło wyszukiwać utwór w serwisach streamingowych, a algorytmy zaczęły podsuwać go kolejnym odbiorcom. Z perspektywy czasu mam jednak wrażenie, że znaczenie miał też sam moment, w którym ten utwór się ukazał. Wiele osób odnalazło w nim coś bliskiego sobie i być może właśnie dlatego zaczął żyć własnym życiem.

JW: „Na haju w maj” było również efektem współpracy z Anto9. Jak doszło do powstania tego utworu?

Zagi: Poznałyśmy się podczas Inkubatora Tak Brzmi Miasto, który odbywał się w czasie pandemii. Podczas jednej z rozmów z Antoniną wspomniałam, że mam taką jedną piosenkę, której nie potrafię dokończyć. Istniała już zwrotka i refren, ale brakowało dalszego ciągu. Umówiliśmy się na wspólną sesję i bardzo szybko okazało się, że dobrze się rozumiemy pod względem twórczym. Ta współpraca okazała się strzałem w dziesiątkę. Utwór musiał jeszcze trochę poczekać na swoją premierę, ale ostatecznie trafił do słuchaczy i stał się jedną z najważniejszych piosenek w moim katalogu.

Proces twórczy

JW: Czy pisząc piosenki myślisz od razu o kolejnej płycie, czy raczej najpierw powstają pojedyncze utwory, a dopiero później układają się w większą całość?

Zagi: Przez większość swojej kariery nie myślałam kategoriami albumów. Po prostu pisałam piosenki, a kiedy z czasem zbierało się ich więcej, zaczynałam dostrzegać między nimi pewne połączenia i wtedy powstawała płyta. Wyjątkiem był „Prześwit”, bo tam od początku istniał konkretny proces i wspólny cel. Te utwory powstawały bardzo szybko, na przestrzeni kilku miesięcy, a cały album był efektem jednego doświadczenia. Zdarzało się też, że wracałam do starszych pomysłów. Album „Kilka lat, parę miesięcy i 24 dni” w dużej mierze powstał właśnie z utworów, które czekały na swój moment. Wspólnie z menadżerem i producentem wybieraliśmy te, które najlepiej opowiadały historię tego wydawnictwa. Z kolei przy „Widnokręgu” bardziej niż na efekcie końcowym zależało mi na eksperymentowaniu. Praktycznie, każdy utwór powstawał z innym producentem i w innym składzie. Dzięki temu mogłam obserwować różne sposoby pracy i bardzo dużo się nauczyć. Dziś widzę, że każda z tych współprac zostawiła po sobie coś, co wykorzystuję w kolejnych projektach.

JW: Między premierą pierwszego singla z „Widnokręgu” a ukazaniem się całego albumu minęły ponad cztery lata. Nie kusiło Cię nigdy, żeby odpuścić część tej oprawy wizualnej i zamknąć ten projekt trochę szybciej?

Zagi: Tak, ten proces rzeczywiście trwał długo. Z jednej strony wynikało to z tego, że album finansowałam samodzielnie, a z drugiej z bardzo ambitnego założenia, które sobie postawiłam. Chciałam, żeby każdy utwór otrzymał własną oprawę wizualną. Przy niezależnym wydawaniu muzyki takie decyzje mają realny wpływ na tempo pracy. Każdy kolejny teledysk oznacza dodatkowy czas, organizację i koszty. Wiedziałam, że zajmie to dłużej, ale zależało mi na tym, żeby zrealizować tę wizję dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażałam.

JW: Pisanie tekstów wydaje się bardzo osobistą częścią twórczości. Czy zdarza Ci się zapraszać innych do tego procesu?

Zagi: Najczęściej piszę sama. Odbywa się to u mnie intuicyjnie i zwykle nie planuję tego z wyprzedzeniem. Piosenki pojawiają się w różnych momentach – czasem późno w nocy, a czasem zupełnie niespodziewanie podczas spaceru czy podróży. Od czasu do czasu zapraszam jednak kogoś do współpracy. Tak było między innymi z Antoniną i utworem “Na haju w maj”, czy Magdą Szczebiot i Agnieszką Pokorską przy utworze „Chaos”. To jednak raczej wyjątkowe sytuacje, a nie reguła. Mam wrażenie, że najlepsze współprace powstają spontanicznie.

JW: Wspominałaś, że inspiracją do pisania są przede wszystkim Twoje własne doświadczenia, obserwacje i przemyślenia. Kiedy właściwie odkryłaś, że lubisz opowiadać o świecie właśnie poprzez piosenki?

Zagi: Bardzo wcześnie. Pierwszą piosenkę napisałam, gdy miałam około siedmiu lat. Oczywiście, to nie był to żaden „szczyt poezji” (śmiech). Raczej jakieś dziecięce rymowanki, ale już wtedy sprawiało mi to ogromną przyjemność – to bawienie się słowem. Od tamtej pory nigdy nie przestałam pisać. Zmieniały się tematy, sposób patrzenia na świat i forma, ale sama potrzeba opowiadania o swoich doświadczeniach pozostała ze mną do dziś. Myślę, że dlatego największą inspiracją nadal są dla mnie rzeczy, które przeżywam, obserwuję albo próbuję zrozumieć. Właśnie z takich momentów najczęściej rodzą się moje piosenki.

JW: Czy myślałaś kiedyś o tworzeniu po angielsku? Zauważyłem, że wielu artystów wraca dziś do takiego kierunku i coraz częściej pojawiają się anglojęzyczne projekty.

Zagi: Piszę po polsku, bo mam poczucie, że właśnie w tym języku potrafię najpełniej wyrażać to, co chcę powiedzieć. To w nim myślę i czuję. Mam też wrażenie, że język polski przeżywa obecnie swój mały renesans. Powstaje coraz więcej świetnych tekstów i coraz mniej osób traktuje angielski jako konieczny krok do bycia „bardziej światowym”. Dla mnie autentyczność jest ważniejsza niż język sam w sobie, a właśnie po polsku czuję się najbardziej sobą.

Nowy początek

JW: W marcu ukazał się Twój singiel „Grudzień”, który kilka miesięcy później zmienił swoje „lokum” i trafił pod nowy projekt – Natalia Agape. Skąd ta decyzja? Czy wraz z tą zmianą możemy spodziewać się nowej płyty?

Zagi: „Grudzień” wydałam w momencie, kiedy zaczynałam już czuć, że stoję u progu ważnej zmiany. Początkowo ukazał się jeszcze jako Zagi, ale z czasem zrozumiałam, że to pierwszy rozdział zupełnie innej książki. Przeniesienie tego singla do nowego domu – pod szyld Natalia Agape było czymś naturalnym. Nie wynikało to z chęci odcięcia się od projektu Zagi. To motywowała raczej potrzeba uporządkowania tej historii i dania świeżym utworom nowej przestrzeni. Poczułam po prostu, że potrzebuję zmiany. Przez ostatnie piętnaście lat wydarzyło się bardzo wiele dobrych rzeczy i jestem za nie ogromnie wdzięczna. Jednocześnie poczułam, że chcę tworzyć jeszcze bliżej siebie i pod własnym imieniem opowiadać historie, które są dla mnie ważne. A jeśli chodzi o płytę – tak, pracuję nad nią. Najpierw jednak pozwolę, żeby słuchacze poznali to wszystko na nowo i podzielę się kilkoma singlami. Najnowszy singiel: „Udomowienie” pojawił się 24 czerwca.

JW: Skoro pojawia się Natalia Agape, to wielu słuchaczy może zadać sobie pytanie… Co w takim razie z Zagi?

Zagi: Spokojnie, Zagi jeszcze nigdzie się nie wybiera (śmiech). Przede mną koncerty, które już zostały ogłoszone i bardzo się z nich cieszę. Ta trasa nieprzypadkowo nosi nazwę „To się jeszcze pisze”. Z jednej strony to pewne domknięcie historii Zagi, a z drugiej zapowiedź tego, co ma nadejść. Podczas tych koncertów będę grała utwory z „Widnokręgu”, ale pojawią się też przedpremierowo piosenki z nadchodzącego albumu Natalii Agape. Mam poczucie, że to piękny moment przejścia między tymi dwoma światami. A zanim Natalia Agape ruszy w swoją własną trasę, musi jeszcze wydać płytę (śmiech). Nie traktuję tego jako pożegnanie, a raczej jako proces. Niektóre historie kończą się nagle, a inne po prostu płynnie przechodzą w kolejne.

Rozmawiał Jakub Wojtowicz

fot. Jakub Piątek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *