Sto lat David! 80 urodziny legendy!
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
…
I’ve been mad for f*cking years
Absolutely years, been over the edge for yonks
Been working me buns off for bands
I’ve always been mad, I know I’ve been mad
Like most of us have
It’s very hard to explain why you’re mad
Even if you’re not mad
Tak zaczyna się jedno z największych arcydzieł, którego współautorem jest nasz dzisiejszy jubilat – David Gilmour!
Ten utwór to oczywiście „Speak To Me”. Rozpoczyna on jeden z najważniejszych i nie bez powodu jeden z najlepiej sprzedanych albumów w historii muzyki – „The Dark Side of the Moon”. Zespół Pink Floyd wydał go w 1973 roku. Wówczas zasilał go ten najmocniejszy skład, jeden z najważniejszych w historii muzyki: Roger Waters, Richard Wright, Nick Mason i właśnie David Gilmour.
„The Dark Side of the Moon” to niezaprzeczalnie największe dzieło, które wyszło spod ręki Gilmoura i jego kolegów. Oczywiście, nie mogę ograniczyć treści tego posta do płyty z 1973 roku. Byłby to brak szacunku do jubilata. Nie sposób natomiast oddać wielkości i fenomenu stworzonej lub współtworzonej przez Gilmoura muzyki w jednym poście. Pewnie i tak świetna i monumentalna praca redaktora Wiesława Weissa: „O krowach, świniach, robakach oraz wszystkich utworach Pink Floyd” mogłaby zostać uzupełniona o kolejne informacje… Tego jest po prostu za wiele…
David Gilmour to przede wszystkim wirtuoz gitary. Ile jego solówek, riffów stało się prawdziwymi ikonami i mowa tutaj o różnych okresach twórczości. Jakbym wymienił parę chronologicznie:
– „Echoes”
– „Time”
– „Shine on Your Crazy Diamond”
– „There’s No Way out of Here”
– „Comfortably Numb”
– „All Lovers Are Deranged”
– „Sorrow”
– „High Hopes”
– „On An Island”
– „In Any Tongue”
Wiem, miało być parę – wyszło jedenaście. To utwory z różnych albumów. To po prostu gitarzysta, który jednym dźwiękiem potrafi przekazać to, co większość innych przekazuje całymi riffami. To jest najpiękniejsze.
To także bardzo zdolny wokalista obdarzony wysokim barytonowym głosem. To bardzo podkreśla emocje śpiewanych przez niego utworów.
Co teraz robi od dzisiaj już 80-letni David Gilmour? Nieoficjalnie mówi się o pożegnalnej, dłuższej trasie koncertowej – „One Last Ride”. Jednak, na ten moment nic więcej nie możemy powiedzieć. To tylko spekulacje. Ostatni album studyjny – „Luck and Strange” ukazał się dwa lata temu. Gilmour ruszył wtedy w trasę koncertową, w ramach której zagrał kilka koncertów pod rząd w kilku miastach takich jak Rzym, Londyn czy Nowy Jork. Album koncertowy „Luck and Strange Concerts” wydany w tamtym roku jest zapisem koncertów z Rzymu. Co dalej? Pozostaje czekać na informacje…
Mamy nadzieję, że legenda zawita jeszcze nad Wisłę.
Polska publiczność mogła zobaczyć Davida Gilmoura do tej pory dwa razy – w 2006 roku w Gdańsku. Zapisem tego koncertu jest jego pierwszy solowy album koncertowy (nigdy nie przestanę słuchać „Echoes” z tego koncertu). Drugi raz właśnie we Wrocławiu, w czerwcu 2016 roku w ramach trasy „Rattle That Lock”. To wówczas do tej pory jedyny raz w życiu widziałem go na żywo. To był zdecydowanie koncert mojego życia. To była prawie trzygodzinna styczność z nowym materiałem, jak i prawdziwa podróż sentymentalna. Nawet nie opiszę swoich emocji podczas odgrywania utworów jak „Us and Them”, czy na koniec „Comfortably Numb”. Ci, którzy nie mogli zobaczyć koncertu na miejscu, mieli przyjemność obejrzeć transmisję na żywo w Telewizji Polskiej.
Ja osobiście jestem optymistą. Wierzę, że ten wirtuoz gitary zawita jeszcze do Polski lub w pobliskie kraje. Obyśmy przeżyli to jeszcze raz!
Sto lat David!
Jakub Wojtowicz

