Wrocławska publiczność nie ma wątpliwości – Drupi nadal zachwyca
Jak tylko wyszedł na scenę, od razu pokazał rockową energię. To z rocka czerpie część swoich muzycznych korzeni. Podobnie, jak wielu muzyków jego pokolenia inspirowali go m.in. Beatlesi.
Włochowi towarzyszył szeroki skład muzyków: gitarzysta, basista, klawiszowiec, perkusista i trójka wokalistów. Razem ośmioosobowy zespół.
Drupi od początku zaprezentował swój charakterystyczny liryczny wokal. Cały czas słychać było tę rockową chrypkę, choć już nie tak bardzo, jak lata temu. To paradoksalnie jeszcze lepiej wpłynęło na harmonię. Niesamowite jest to, że miejscami zespół grał w dosyć wysokiej tonacji, a mimo to doskonale wszystko było słychać.
Poza występem muzycznym, wrocławska publiczność otrzymała masę bardzo ciekawych wspomnień. Różnych wspomnień. Od żartów na temat występującego w przeszłości rzekomego spożywania substancji wysokoprocentowych na scenie, przez pierwszy występ w Polsce na festiwalu w Sopocie, po poważniejsze i trudniejsze tematy. Artysta przyznał, że niedawno zmagał się z rakiem płuc. Mówił cały czas w swoim ojczystym języku. Wszystko było tłumaczone.
W tym miejscu niestety muszę zwrócić uwagę na jeden, jedyny problem… Te rozmowy Drupiego z publicznością, jego wspomnienia powinny zostać troszeczkę skrócone. Z czasem zaczynały tracić na dynamice.
W zespole Drupiego panuje prawdziwa rodzinna atmosfera. Dosłownie rodzinna. Jak się okazało, w zespole grają bracia, ojciec z synem i wreszcie mąż z żoną – Drupi, a w chórkach jego żona – Dorina. Są razem od blisko pięćdziesięciu lat. Jeden utwór wykonali w duecie.
Polska publiczność usłyszała te przeboje, za które przed laty pokochała Włocha:
- „Sereno E”
- „Piccola e fragile”
- „Sambariò”
Pojawiły się ponadto nowsze kompozycje jak „L’ultimo Tango”.
Wspaniały koncert i spotkanie z kawałem historii włoskiej piosenki, ale także z częścią naszej, rodzimej historii. Drupi zbudował już swoje stałe grono fanów w naszym kraju. Sala była prawie wypełniona.
Jakub Wojtowicz
