Perfect, Test, Breakout. Dariusz Kozakiewicz wspomina oraz zdradza plany na przyszłość. Zapraszamy.
Jakub Wojtowicz: Niedawno ukazał się nowy singiel: „Parodia końca świata”. Z wywiadu z Łukaszem Drapałą wiem, że tekst napisał Radosław Łukasiewicz. Jak się narodziła współpraca?
Dariusz Kozakiewicz: Współpraca narodziła się, kiedy rozpoczęliśmy pracę nad nowymi utworami w studiu u Arkadiusza Kopery w Warszawie. Tam nagrałem demo pierwszego singla – „Liczba Pi”. Po tym Arek zapytał, czy dopuszczamy jakąś kompozycję spoza „naszego kręgu”. Ja wyraziłem zainteresowanie. To wtedy po raz pierwszy usłyszałem demo „Parodii końca świata”. Bardzo mi się spodobało. Współkompozytorem został Łukasz. Problem był taki, że utwór nie posiadał tekstu. Zaczęliśmy szukać autora. Początkowo rozważałem zaangażowanie Jacka Cygana, który napisał tekst do „Liczby Pi”. Arek Kopera zaproponował Radka Łukasiewicza. Nie znaliśmy się wcześniej, ale spodobał mi się jako człowiek i kiedy wysłał swoją propozycję tekstu, to uznaliśmy, że jest na naprawdę wysokim poziomie. Zespół Perfect zawsze dbał, żeby te teksty były „o czymś”, żeby opowiadały o aktualnych problemach.
JW: To drugi singiel, który ukaże się na najnowszym albumie. Pierwszym był „Liczba Pi”. Wspominał Pan o Jacku Cyganie. Jak wygląda praca z Jackiem Cyganem tak „od kuchni”? Co najpierw powstaje? Muzyka, czy tekst?
DK: Najpierw powstaje kompozycja. Przyznam, że ja nie umiem pisać muzyki do tekstu. Próbowałem wiele razy. Może udało mi się to ze dwa, trzy razy – dawno temu. Tak, zawsze jest kolejność: najpierw kompozycja, potem tekst. Tak samo pracują inni autorzy, z którymi pracowałem: Olewicz, Waglewski… Wysłałem demo do Jacka Cygana, który w krótkim czasie napisał tekst. Nie jest on taki do końca „bezpośredni”, jest tam trochę podtekstu. Myślę, że muzyka i tekst dobrze do siebie pasują. A przyznam, że nie zawsze tak jest…
JW: Z Jackiem Cyganem współpracował już Pan wcześniej np. przy albumie „DaDaDam”. To z tej płyty pochodzi jeden z największych hitów zespołu Perfect z późniejszego okresu: „Wszystko ma swój czas”.
DK: „Wszystko ma swój czas” i „Odnawiam duszę”. To są dwa utwory, które napisałem z Jackiem. Rzeczywiście, „Wszystko ma swój czas” był bardzo popularny…
JW: Wspominał Pan także o Bogdanie Olewiczu. To była jedna z tych osób, które były najdłużej związane z zespołem Perfect…
DK: Bogdan Olewicz od samego początku był przyjacielem i twórcą zespołu Perfect. Kiedy Zbigniew Hołdys założył ten zespół, to już wtedy Bogdan z nimi współpracował. Znam Bogdana od bardzo dawna. Poznałem go jak miałem 17 lat. My mieszkaliśmy obok siebie po dwóch stronach ulicy. Ogromne wrażenie robiła na mnie jego kolekcja płyt. To właśnie on zaszczepił we mnie bluesa. Słuchaliśmy godzinami różnych utworów, analizowaliśmy. Głównie byli to brytyjscy bluesmani. To była końcówka lat 60. Tak więc, ta nasza znajomość trwa już bardzo długo. Pod koniec lat 70. grałem w zespole Perfect Super Show and Disco Band, w którym śpiewała Basia Trzetrzelewska. To z niego powstał późniejszy Perfect. Ja ostatecznie nie dołączyłem jeszcze wtedy zespołu. Pod koniec lat 70. zespół wyjechał za granicę, żeby zagrać w klubach polonijnych. Mi wtedy urodziła się druga córka i nie chciałem zostawiać rodziny. Poprosiłem Zbigniewa Hołdysa, z którym również się przyjaźniłem, żeby pojechał za mnie. Po powrocie nastąpił pewien „rozłam” w zespole. Później Zbyszek postanowił zachować z tego zespołu nazwę „Perfect”, dobrał odpowiednich muzyków, a ja mu wtedy pomagałem. Tak więc, byłem bardziej obok tego projektu. Współpracowałem ze Zbyszkiem i Bogdanem. Moja przyjaźń z Bogdanem Olewiczem trwa po dziś dzień. Pamiętam jak wtedy, na początku lat 80. chodziliśmy razem na koncerty, na jamy, umawialiśmy się w domach, graliśmy po piwnicach. Mam całkiem bogatą historię z tego okresu i miło to wspominam. Bogdan Olewicz zawsze był takim „niekoronowanym” szóstym członkiem zespołu. W momentach, kiedy było ciężko zawsze nas wspierał. Trudno przecenić jego wkład…
JW: Czytałem, jak Bogdan Olewicz kształtował swój warsztat. Z wykształcenia jest anglistą i początkowo spisywał i tłumaczył piosenki zagranicznych artystów.
DK: Tak, to prawda. Bogdan jest mistykiem. On miał przede wszystkim tyle szczęścia, że rodzina z nim się kontaktowała i przesyłała mu różne płyty, które były niedostępne w Polsce.
JW: Powróćmy na chwilę do zespołu Perfect & Łukasz Drapała. Skoro mamy już dwa nowe single, to kiedy spodziewać się płyty?
DK: Nie wiem. Na pewno będzie trzeba trochę poczekać. My nie mamy jakieś presji, żeby od razu nagrywać całą płytę. Płyta wymaga trochę więcej czasu, żeby zastanowić się nad utworami, które miałyby się na niej znaleźć. Na razie chcieliśmy wydać dwa pierwsze single z wokalem Łukasza. W tamtym roku ogłosiliśmy, że wracamy na rynek, a wokalistą zostanie właśnie Łukasz Drapała. Początkowo wielu mówiło: „A, przecież to jest niemożliwe, żeby ktoś miał zastąpić Grzegorza Markowskiego”. Wiesz, o czym mówię…
JW: Oczywiście, że wiem, o czym Pan mówi. Powiem Panu, że przed naszą rozmową słuchałem wywiadu z Łukaszem, w którym powiedział wyraźnie, że nie chce zastępować Markowskiego, ale napisać kolejną kartę w historii zespołu.
DK: Oczywiście, że tak. O to w tym wszystkim chodzi. My od początku to mówiliśmy. Dlatego też chcieliśmy najpierw nagrać te dwie piosenki. Chcieliśmy pokazać, że zespół nie bazuje jedynie na tych starych utworach nagranych z Grzegorzem, ale także chcemy pokazać coś innego z głosem Łukasza. A wracając do płyty… Tak, jak mówiłem, nie wiem. To jest bardzo długi proces. W tym roku gramy bardzo dużo koncertów, zobaczymy, jak będzie w przyszłym.
JW: Tym bardziej, że po pandemii zmieniły się realia rynku. Teraz wydanie płyty wieńczy okres promocyjny, dlatego też artyści decydują się najpierw na wydawanie pojedynczych singli, a potem całego albumu…
DK: No, takie mamy czasy. Też oglądałem wywiady z różnymi artystami i obecnie bardziej koncentrują się na promowaniu na Spotify, czy na YouTube. Ludzie mniej już kupują płyt, tylko szukają wszystkiego w telefonach. Dla mnie to trochę „zabija” twórczość. Wszyscy dziś wydają single. Wydanie płyty to też koszty, dwa zaangażowanie bardzo wielu osób: autorów tekstów, muzyków, producentów. Cały proces promocyjny. To jest cała „fabryka”, ogromny obszar.
JW: No tak, to wymaga bardzo dużo pracy. Chciałem jeszcze dokładniej zapytać o samego Łukasza Drapałę. Szersza publiczność w Polsce poznała go podczas jego występów w The Voice of Poland. A Panowie? Jak poznaliście Łukasza?
DK: Ja poznałem Łukasza dwa lata przed tym, zanim w ogóle powstał pomysł na reaktywację zespołu. To były takie „gościnne” koncerty. Spotykaliśmy się z gitarzystami, graliśmy covery, gitarowe hity różnych kapel – piosenki bluesowe, koncerty poświęcone Hendriksowi. To stamtąd się znamy. Rozmawialiśmy po koncertach, pojawiały się pomysły wspólnych projektów. Początkowo to były luźne rozmowy, nic konkretnego. Potem podczas rozmowy z naszą wieloletnią menadżerką, która dotyczyła reaktywacji zespołu doszliśmy do wniosku, że fajnie by było zaangażować Łukasza. Znałem jego umiejętności, zaplecze rockowe. Bardzo mi się podobał na tych koncertach, zauważyłem że to człowiek z charyzmą. Łukasz przyjął naszą propozycję i wkrótce spotkaliśmy się na pierwszej próbie. Wiesz, my nie graliśmy praktycznie w ogóle przez sześć lat. W 2019 roku przestaliśmy grać koncerty. Po tym czasie chęć ponownego grania była bardzo duża. Oczywiście, to też było ryzyko. Nie wiadomo było, jak rynek nas przyjmie. Do dzisiaj są kontrowersje i pojawiają się głosy, że bez Markowskiego to już nie jest Perfect. Ja jednak chcę zaznaczyć, że wspólnie nagraliśmy sześć płyt, które to ja produkowałem, a zespół nagrywał te piosenki. Tak więc, Perfect to nie tylko był Markowski. Perfect to był zespół. Jednak, ja rozumiem, że na świecie jest taka niesprawiedliwość. Zawsze się patrzy na frontmana, na wokalistę.
JW: Tak dodam, że pamiętam, jakie kontrowersje wśród innych fanów Iron Maiden wzbudzałem twierdząc, że jeszcze bardziej dotkliwe dla zespołu w latach 90. było odejście gitarzysty: Adriana Smitha, niż samego ich legendarnego wokalisty: Bruce’a Dickinsona. Wracając do meritum, to zgadzam się. Zespół to wszyscy muzycy, ale głównie patrzy się na wokalistę…
DK: No tak, takie jest życie (śmiech). Ja oczywiście nie mam do nikogo pretensji, tylko chciałem delikatnie zwrócić na to uwagę.
JW: Tak, jak Pan opowiadał wcześniej o początkach współpracy z Łukaszem Drapałą można wyciągnąć wniosek, że atmosfera w zespole była bardzo dobra…
DK: Bardzo dobra, bardzo dobra. To jest bardzo ważne w zespole. Nie chcę zapeszać, ale mam nadzieję, że tak będzie nadal. Obserwuję bardzo dużo zespołów i niestety, niektórych historie zaczynają się pięknie, a potem rozstają się w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach. Przestają grać, mają pretensje do siebie, procesują się. Mam takie wrażenie, że dopóki jest biednie, to ludzie trzymają się razem, ale jak zaczynają zarabiać ogromne pieniądze to się zaczynają konflikty. Zauważam też z drugiej strony, że po czasie członkowie orientują się, że sami nic nie zdziałają. Wystarczy podać przykład Guns N’ Roses. Sam zacząłem tęsknić za graniem, kiedy Perfect czasowo zakończył działalność. Wtedy założyłem własny projekt i grałem prawie trzy lata pod nazwą Darek Kozakiewicz Live. Najpierw wokalistką była Natalia Sikora, a potem Justyna Panfilewicz. Byłem wtedy bardzo szczęśliwy, że mam możliwość grania.
JW: Chciałem jeszcze zapytać o drugiego nowego członka w zespole, czyli o perkusistę – Krzysztofa Patockiego. Jak narodziła się współpraca? Jak ona się układa?
DK: Współpraca układa się bardzo dobrze. Ja bardzo lubię Krzysztofa, jego sposób gry i podejście do muzyki, to doświadczony muzyk znany na przykład z zespołu Bracia. W swoim mieście, w Lublinie też tworzy własną muzykę, udziela się w innych projektach. Też mam pozytywne o nim zdanie jako o człowieku. Ogólnie, perkusja i bas to bardzo ważne ogniwa. To są podstawy rytmu, brzmienia, na których tworzy się resztę.
JW: Wróćmy do tematu Pana początków w zespole Perfect. Już trochę Pan o tym mówił… Dołączył Pan w 1997 roku. Zastąpił Pan Ryszarda Sygitowicza. Powiem szczerze, że kiedy robiłem research, to doszedłem do wniosku, że to była kwestia czasu, zanim Pan dołączy…
DK: No, ja przewidywałem to, że „wyląduję” w Perfekcie (śmiech). Nie wiem, na jakiej podstawie, ale coś mi mówiło, że tak właśnie się stanie. Jak już wspominałem, ja od początku towarzyszyłem w powstawaniu tego zespołu, uczestniczyłem w ich próbach. Kiedy wrócili ze Stanów, gdzie próbowali zrobić karierę i przez jakiś czas nie wiedzieli, co robić dalej, pytali mnie, czy bym nie chciał dołączyć. To było około 1992 roku. Ja wtedy byłem zajęty moją karierą solową i dlatego musiałem ich przeprosić i odmówić. W 1994 roku chłopaki zorganizowali się, nagrali świetną płytę: „Jestem”. Kolejna propozycja przyszła właśnie w 1997 roku. Zadzwonili do mnie i tym razem przyjąłem propozycję.
JW: Jak Pan wspomina sesje nagraniowe albumu „Śmigło” – pierwszego albumu zespołu Perfect, na którym Pan zagrał?
DK: To wiązało się z wieloma emocjami. Ja przede wszystkim musiałem „wejść w buty” zespołu. Byłem przy tworzeniu kapeli, znałem członków, ale jednak dotychczas w niej nie grałem. Musiałem maksymalnie zanurzyć się w działania Perfektu, nie burząc przy tym jego struktury. Chciałem dać coś od siebie, na przykład swoje emocje podczas grania, swoje własne brzmienie. Już od początku, odkąd tylko dołączyłem zaczęliśmy pracować nad „Śmigłem”. Wtedy bardzo pomagał Bogdan Olewicz – przychodził na próby, pisał. Ja pracowałem także w domu. Właściwy materiał do albumu powstawał u naszego przyjaciela w Sulejówku.
JW: To Pan skomponował później lwią część materiału zespołu Perfect. Jak wygląda ten proces? Jak się Pan inspiruje do tworzenia?
DK: Bardzo źle (śmiech). To znaczy, ja nigdy nie lubiłem tego etapu. Zawsze brałem się za to, kiedy spadała na mnie ta presja. Wtedy rzadko komponowałem, tylko jakieś utwory dla samego siebie. To były takie utwory instrumentalno-wokalne, tworzone zupełnie niekomercyjnie, z wieloma improwizacjami. Zmieniło się to na dobre tak naprawdę po premierze albumu „Śmigło”. Wtedy było bardzo dużo koncertów i zaczęły pojawiać się oczekiwania na nowy album. Dziennikarze bardzo często o to pytali. To ja powiedziałem chłopakom, że powinniśmy ją w końcu nagrać. Wówczas bez przerwy zapewnialiśmy media, że wkrótce się pojawi i ile można było tylko obiecywać… Minęło z pięć lat, zanim się ukazała. Byliśmy bardzo aktywni na scenie, dochodziły jeszcze koncerty symfoniczne i trudno było znaleźć na to przestrzeń. Postanowiliśmy, że „szable w dłoń” i ja zająłem się komponowaniem oraz produkcją albumu. Tak się zaczęła moja przygoda z pisaniem piosenek dla zespołu Perfect. Tak też powstawały kolejne płyty. Produkowałem je z Sebastianem Piekarkiem z zespołu Ira. On miał własne studio, często do niego jeździliśmy.
JW: Zaczynał Pan komponować w zespole Test w latach 70. Jak Pan wspomina grę w tym zespole?
DK: Wspominam bardzo dobrze, w końcu ten zespół to było „moje dziecko”. Dla zespołu Test napisałem prawie wszystkie piosenki. Na tym albumie (jedynym albumie zespołu przyp. red.) było bodajże dwanaście utworów i wszystkie, poza jednym są mojego autorstwa. Bardzo ceniłem sobie współpracę z tamtymi muzykami, z perkusistą – Heniem Tomalą czy z basistą – Tadkiem Kłoczewiakiem. Doskonali muzycy. Początkowo graliśmy we czwórkę: wokal, gitara, bas, perkusja. W planach mieliśmy także organy Hammonda, ale to było trudne do zorganizowania. Hammondzistów było niewielu, a sprzęt był drogi. Pracowaliśmy wtedy bardzo ciężko. Całymi dniami nagrywaliśmy materiał, robiliśmy próby. Wszystko wyszło na sto procent. Wtedy warunki były zupełne inne. Wówczas studia nagraniowe miały jedynie czterośladowe magnetofony. Dlatego trzeba było przyjść i nagrać „na setkę”. Ale jak mówiłem, świetnie to wspominam. To była jedna z pierwszych kapel, która zaistniała jako zespół hardrockowy. Ludzie nas wtedy bardzo docenili.
JW: Właśnie to chciałem powiedzieć, że to była jedna z pierwszych hardrockowych kapel. Jak przekładało się na samą scenę? Czy mieliście opinię tych „grających najgłośniej”?
DK: No, graliśmy głośno, ale czy najgłośniej… Podobno Czerwone Gitary grały najgłośniej (śmiech)
JW: No tak, to oni się tak reklamowali…
DK: Tak, dokładnie „Gramy najgłośniej w Polsce”. Wiesz, graliśmy głośno, ale czy najgłośniej… Przede wszystkim, wtedy były inne warunki. Był zupełnie inny sprzęt, kluby czy sceny koncertowe nie miały tylu głośników. Wyobraź sobie, że były na przykład tylko dwie kolumny, wzmacniacz sterowany tylko do mikrofonu i w dodatku o mocy 100 watów. Dzisiaj podobny sprzęt ma co najmniej 2000 watów. Oczywiście, my jak na tamte czasy mieliśmy fajne wzmacniacze. Ja już wtedy miałem Marshalla, który został ściągnięty z Anglii. Trzeba było na niego poczekać pół roku. W zespole Test, jak i wcześniej w Breakout grałem na Jolanie. Z tą gitara to jest oddzielna historia. Bo ja na jakiś czas ją straciłem i odzyskałem dopiero po 15 latach. W tym czasie szukałem jej po całym świecie: po Stanach Zjednoczonych, po Niemczech, po Australii. Kontaktowałem się z kolegami na emigracji, którzy wyjechali w czasie stanu wojennego. Jak się dowiedziałem, była w mieszkaniu 400 metrów od mojego bloku…
JW: Mówi Pan o tej Jolanie, którą przerobił Pan na Gibsona SG?
DK: Dokładnie tak.
JW: Do dziś Pan ją ma?
DK: Tak, ale ostatnio ją wypożyczyłem. Przekazałem do Domu Polskiego Rocka, który zostanie otwarty we wrześniu. Będzie w gablocie, ze zdjęciem, z podpisem, pewnie też zrobimy jakąś prezentację.
JW: No to przechodzimy do zespołu Breakout. To tam po raz pierwszy miał Pan do czynienia ze wzmacniaczem Marshalla. Jak Pan wspomina ten zespół? Ponoć Tadeusz Nalepa był dość autorytarnym szefem w zespole…
DK: No tak, ale to było bardzo dobre podejście, bo musiał trzymać nas w ryzach. Byliśmy bardzo niesforni (śmiech). Nieterminowi, niesforni. Jak tylko zarobiliśmy jakieś pieniądze… On musiał tym wszystkim zarządzać. Ja bardzo szanowałem Tadka za jego podejście, ceniłem jego kompozycje. Najlepsza była w nich ta prostota i w tym wszystkim była ogromna zasługa Bogdana Loebla. Bez jego tekstów to by nie było to samo. Kiedy zaczynałem grać w Breakout, to grałem na Jolanie i na robionym wzmacniaczu (śmiech), na którym też nagrałem album „Blues”. To znaczy, główkę miałem robioną przez jakiegoś lokalnego, warszawskiego elektronika. Podczas koncertów co jakiś czas wzmacniacz się palił i ten elektronik musiał przyjeżdżać i go naprawiać. No ale, w Teście już był Marshall.
JW: A ponoć w Breakout miał Pan być najpierw basistą…
DK: To znaczy, Tadeusz szukał basisty i poznaliśmy się przez Krzysztofa Dłutowskiego (klawiszowca przyp. red.), z którym grałem w warszawskim zespole Pięciu. Zgodziłem się na propozycję Nalepy, zostałem basistą. Pojechaliśmy do Rzeszowa na dwa, trzy tygodnie prób do albumu „Blues”. Któregoś dnia wziąłem do ręki gitarę, Tadeusz to usłyszał i mówił „Nie no, to ty Darek będziesz grał na gitarze”. Tylko znowu szukał basisty. Ja wtedy oznajmiłem, że mogę zaproponować mojego uzdolnionego znajomego – Jurka Goleniewskiego. Przyjechał i zaczęliśmy prace nad albumem.
JW: No, ale pomimo, że Nalepa rządził twardą ręką, to z tego, co wiem dawał Panu dużo swobody przy solówkach…
DK: Oj tak, bardzo dużo. Pamiętam nawet, że przy okazji jakieś reedycji tej płyty pięknie o mnie napisał i docenił moje zasługi dla tego albumu.
JW: No to takie wyróżnienie od kogoś, kto tak wpłynął na polską kulturę… Ponieważ nazywamy się PodWrocławskie. Ostatnio regularnie można Pana spotkać na Gitarowym Rekordzie Świata – wydarzeniu, które żyje Hendrixem. Jakie to jest uczucie widzieć, że taki tłum gra utwór, na którym Pan wyrósł?
DK: No, to jest coś nieprawdopodobnego. Pamiętam, kiedy byłem tam pierwszy raz i jak bardzo byłem zaskoczony ilością pięknych ludzi z gitarami. To było coś bajkowego. Ten widok, że można zachęcić tylu młodych ludzi do gry na gitarze, do spędzenia miło czasu z gitarą, jak tworzą przepiękną, wielką rodzinę i przy muzyce. Przy takiej muzyce, która wcale nie jest taka łatwa do odegrania. To nie jest taka prosta, komercyjna muzyka, tylko zaangażowana. Jestem również pełen uznania dla organizatorów, bo to nie jest proste przedsięwzięcie. Na to potrzebne są środki, miejsce, duże zaplecze. Początki były naprawdę bardzo mozolne. W tym roku mieliśmy dwudziestą czwartą edycję. Ja każdego zachęcam, żeby tam pojechał. Ostatnio nawet zachęcałem mojego sąsiada, żeby koniecznie pojechał 1 maja do Wrocławia.
JW: Na koniec. Kiedy oglądałem wywiad z Panem na kanale Guitar Stories zauważyłem, że miał Pan koszulkę z napisem „I have too many guitars”. Jest coś na rzeczy? Ile ma Pan gitar?
DK: Nie wiem (śmiech). No, jest ich sporo, ale nie wiem ile. Część oddałem ostatnio mojemu synowi, bo zaczął się tym interesować. Ja w gruncie rzeczy nie jestem jakimś wielkim kolekcjonerem. Kiedy ma się gitary, to najważniejsze jest to, żeby na nich grać. To tak samo, jak z autem. Ja tylko stoi, to się psuje. Nie da się grać na trzydziestu gitarach. Ja gram dosłownie na trzech, czterech, mam dwa akustyki i tyle potrzebuję. Pamiętam, kiedy woziłem na koncerty pięć gitar. Po czasie stwierdziłem, że nie ma takiej potrzeby. Przede wszystkim, ja sam przed koncertami nastrajam swoje gitary, a przed koncertem jest głośno, nie ma czasu. Tak więc, to było bez sensu… Od piętnastu lat mam te same gitary, które składam tylko i wyłącznie dla siebie. Dostosowuję je do swojego stylu gry.
Rozmawiał Jakub Wojtowicz
