Wojtek Cugowski – o niedawnych i nadchodzących projektach. Zapraszamy!
Jakub Wojtowicz: Wojtku, jesteś na etapie kariery solowej. W ciągu trzech lat wydałeś trzy albumy studyjne – dwa nagrane we współpracy z innymi artystami i swój pierwszy solowy, a także album koncertowy. Skąd takie tempo?
Wojtek Cugowski: To efekt tego, że kilka projektów nałożyło się na siebie. Wszystko zaczęło się jeszcze przed pandemią. Pracowałem wtedy nad swoją pierwszą solową płytą, a jednocześnie rozpocząłem dwie współprace – z moimi długoletnimi kolegami z zespołu Teksasy oraz z Piotrkiem Brzychcym z zespołu Kruk. Pandemia sprawiła, że wszystkie te projekty mocno się wydłużyły. Musieliśmy zawiesić prace zarówno nad albumami zespołów, jak i nad moją płytą. Później wszystko ruszało i zatrzymywało się i tak na przemian. Ostatecznie najpierw ukazał się album Kruka, potem moja płyta solowa, a na końcu zespołu Teksasy. Paradoksalnie ten trudny czas dał mi więcej przestrzeni na dopracowanie materiału. Mogłem spokojnie pracować nad muzyką i tekstami. Dla zespołu Kruk napisałem teksty po angielsku, a na swoją płytę pięć lub sześć po polsku. Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej nie pisałem aż tyle. Uznałem jednak, że skoro wydaję pierwszy solowy album, powinienem śpiewać własnymi słowami. Oczywiście miałem pewne obawy, bo nie miałem dużego doświadczenia w pisaniu po polsku. Każdy z tych albumów powstawał z innymi muzykami i miał zupełnie inny charakter, dlatego był to dla mnie bardzo intensywny okres.
Jakub Wojtowicz: Chciałbym zatrzymać się przy Twoim solowym albumie „Nie czekaj na znak”. To płyta utrzymana w stylistyce rockowej, ale bardziej nowoczesnej i melodyjnej.
Wojtek Cugowski: Chyba właśnie bardziej piosenkowej. Takie melodyjne, gitarowe granie lubię najbardziej. Zawsze ceniłem utwory z wyrazistymi melodiami i na tej płycie jest ich sporo. Znalazło się na niej również jedno bardzo długie nagranie. Oparte było przede wszystkim na gitarach, rozbudowanych aranżacjach, melodiach i chórach. To utwór „Shangli-la” – on zamyka album. Chciałem pokazać wszystko to, co w muzyce jest dla mnie najważniejsze, i myślę, że udało się to osiągnąć.
Jakub Wojtowicz: Jak fakt, że piszesz teksty wpływa na Twoje utożsamianie się z piosenkami? Wspominałeś, że stworzyłeś pięć lub sześć z nich.
Wojtek Cugowski: Uznałem, że ta płyta powinna być w pewnym sensie moją deklaracją. Piszę o sprawach, które są mi bliskie i w których czuję się najbardziej naturalnie – miłości, upływie czasu czy codziennym życiu. Unikam tematów kontrowersyjnych. Nigdy nie czułem potrzeby zajmowania się filozoficznymi rozważaniami, a tym bardziej polityką. Interesuje mnie to, co sprawia, że jestem szczęśliwym człowiekiem. Dlatego cały album ma bardzo pozytywny wydźwięk i w dużej mierze opowiada o tym, kim jestem. Pozostałe teksty napisała Karolina Kozak, a jeden stworzył mój bardzo dobry kolega, nieżyjący już wokalista zespołu Teksasy – Jurek Stankiewicz. Jeśli chodzi o muzykę, większość utworów powstała we współpracy z Marcinem Limkiem – producentem płyty i współtwórcą jej brzmienia. Kilka kompozycji przygotowałem również z kolegami z zespołu.
Jakub Wojtowicz: W 2024 roku ukazał się teledysk do utworu „Zaplątani”. Dość długo po premierze albumu. Dlaczego fani musieli tyle czekać?
Wojtek Cugowski: To był już czas, kiedy rozpocząłem współpracę z nowym menedżerem. Zaczęliśmy intensywnie koncertować i właśnie on zasugerował, żeby powstał jeszcze jeden teledysk promujący płytę. Zdjęcia zrealizowaliśmy w Szczecinie. Równocześnie rozpocząłem przygotowania do nagrywania kolejnego albumu. Ten proces trwa zresztą do dziś. U mnie wszystko powstaje dość powoli i chyba muszę się z tym pogodzić. Jestem mniej więcej w połowie nagrań. Bardzo chciałbym wydać tę płytę jeszcze w tym roku, ponieważ obchodzę w nim jubileusz – w lipcu kończę pięćdziesiąt lat. Byłoby pięknie uczcić ten moment nowym wydawnictwem. To będzie album nieco inny od poprzedniego. Pracuję z nowym producentem – Marcinem Borsem, zmieniło się nieco moje podejście do komponowania, a teksty pisze Piotr Bukartyk, którego bardzo cenię jako autora. Jestem ciekawy, jaki będzie efekt końcowy…
Jakub Wojtowicz: Przejdźmy do albumu „Może cofniesz czas”, który nagrałeś z zespołem Teksasy. Okazał się on również hołdem dla Jerzego „Szeli” Stankiewicza, który niespodziewanie odszedł…
Wojtek Cugowski: Niestety tak. Prace nad tym albumem rozpoczęliśmy jeszcze w 2019 roku. Początkowo planowaliśmy po prostu wspólnie koncertować. Zawsze bardzo lubiłem grać z Teksasami. To zespół mocno osadzony w teksańskim bluesie, inspirowany twórczością ZZ Top czy Steviego Raya Vaughana, ale z polskimi tekstami. Znamy się od lat, wszyscy pochodzimy z Lublina. Po moim odejściu z zespołu Bracia spotkaliśmy się z Jurkiem, zagraliśmy kilka koncertów i doszliśmy do wniosku, że warto nagrać coś razem. Na początku miały powstać tylko jedno lub dwa nagrania, żeby sprawdzić, jak nam się współpracuje. Z czasem materiału było coraz więcej i ostatecznie powstało dziesięć nowych utworów. Jeden z nich to nowa wersja starszej piosenki Teksasów. Praca nad płytą przebiegała w fantastycznej atmosferze. Mieliśmy w sobie entuzjazm młodego zespołu – bez kalkulacji, bez presji, po prostu tworzyliśmy muzykę płynącą prosto z serca. Wymienialiśmy się pomysłami, jedne zostawały, inne odrzuciliśmy. Właśnie dlatego tak bardzo lubię ten album. Słychać na nim wszystko to, co w muzyce cenię najbardziej. Co ciekawe, płytę nagrywaliśmy „na setkę”, czyli wszystkie podstawowe partie instrumentów rejestrowaliśmy jednocześnie. Początkowo nie było to łatwe, bo nagrania odbywały się w Bracia Studio z Adamem Drathem za konsoletą. Studio nie jest przystosowane do takiej pracy – jest niewielkie i ma tylko jeden live room, wykorzystywany zazwyczaj do nagrywania instrumentów osobno. Musieliśmy więc improwizować. Jeden wzmacniacz ustawiliśmy na korytarzu, drugi w kabinie wokalowej. Kiedy już znaleźliśmy odpowiednie rozwiązanie, wszystko potoczyło się bardzo sprawnie. Powstała płyta mocno zakorzeniona w bluesie, ale jednocześnie chwilami zdecydowanie bardziej rockowa niż wcześniejsze dokonania Teksasów. To było dla zespołu coś nowego. Od zakończenia nagrań do premiery minęło jednak sporo czasu. Nie chcieliśmy wydawać albumu w środku pandemii, kiedy praktycznie nie było możliwości koncertowania i promowania nowego materiału. Ostatecznie ukazał się dopiero w 2023 roku. Szkoda tylko, że Jurek nie doczekał tej premiery. Co ciekawe, rozmawiamy dziś dokładnie w czwartą rocznicę jego śmierci (wywiad odbył się 27 kwietnia przyp. red.), więc to dla mnie szczególny i dość smutny dzień.
Jakub Wojtowicz: Przyznam, że mam ostatnio „szczęście” do takich rocznic. Niedawno w innym wywiadzie (z Piotrem Cugowskim przyp. red.) wspominałem o Eriku Claptonie, a później okazało się, że właśnie tego dnia obchodził urodziny.
Wojtek Cugowski: Tak się czasem zdarza. Dzisiaj akurat przypada smutna rocznica. Cóż, życie bywa nieprzewidywalne.
Jakub Wojtowicz: Jak wspominasz „Szelę”? Jakim był człowiekiem?
Wojtek Cugowski: Jurek był ode mnie o czternaście lat starszy, ale nigdy nie dawał odczuć tej różnicy wieku. Nie miał w sobie nic z mentora. Był przede wszystkim świetnym kolegą i prawdziwym przyjacielem, który zawsze mnie wspierał. To był człowiek niezwykle pogodny, pełen humoru i dystansu do życia. Nie lekceważył problemów, ale potrafił rozładować atmosferę i skrócić dystans. W jego towarzystwie zawsze czułem się swobodnie. Do dziś pamiętam jego błyskotliwe riposty i doskonałe poczucie humoru. Dbał o siebie, regularnie ćwiczył, był wysportowany i pełen energii. Bardzo lubię wracać myślami do lat naszej znajomości. Niestety pod koniec życia jego stan zdrowia zaczął się pogarszać. Miał problemy z sercem, później doszły kolejne dolegliwości. Widać było, że z miesiąca na miesiąc słabnie. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale wiele z tych trudności przypadło na okres pandemii. Przez cały ten chaos miał problem z dostaniem się do szpitala na wcześniej zaplanowany zabieg. Myślę, że to również miało wpływ na to, co później się wydarzyło.
Jakub Wojtowicz: Zespół Teksasy często grał w klubie Graffiti w Lublinie. Czy ten klub nadal istnieje?
Wojtek Cugowski: W miejscu dawnego Graffiti działa dziś klub Zgrzyt. Natomiast samo Graffiti nadal istnieje, tylko w innej lokalizacji. Jest mniejsze i mieści się w okolicach lubelskiej Starówki.
Jakub Wojtowicz: W 2021 roku ukazał się album „Be There”, nagrany z zespołem Kruk. To chyba płyta najmocniej osadzona w Twoich muzycznych korzeniach – długie kompozycje, organy Hammonda…
Wojtek Cugowski: Zdecydowanie tak. Kiedy dołączyłem do tego projektu, muzyka była już właściwie gotowa. Z Piotrkiem Brzychcym rozmawialiśmy o wspólnej współpracy znacznie wcześniej. Od razu jednak zaznaczyłem, że nie mogę zostać pełnoprawnym członkiem zespołu Kruk. Miałem już inne zobowiązania i własny pomysł na dalszą drogę. Rzeczywiście, ten album jest bardzo bliski muzyce, na której się wychowałem. Hard rock z organami Hammonda, długie formy i rozbudowane partie instrumentalne to świat, który zawsze był mi szczególnie bliski. Od najmłodszych lat kocham Deep Purple i pod tym względem z Piotrkiem doskonale się rozumiemy. Moim zadaniem było napisanie tekstów oraz stworzenie linii wokalnych. Gdy dowiedziałem się, że teksty mają być po angielsku, z jednej strony poczułem ulgę, bo miałem już w tym doświadczenie. Z drugiej jednak wiedziałem, że trzeba zachować dużą ostrożność. Mimo wszystko żyjemy w Polsce i łatwo o językowe naleciałości. Wielokrotnie sprawdzałem każdy tekst, żeby uniknąć błędów. Wokale nagrałem u siebie, w Bracia Studio w Lublinie, natomiast muzycy Kruka pracowali w Dąbrowie Górniczej. Później spotkaliśmy się jeszcze w studiu w Katowicach pod okiem producenta – Michała Kuczery. Duża część pracy przypadła na okres pandemii, dlatego wiele spraw musieliśmy załatwiać zdalnie. Po premierze udało nam się zagrać kilkanaście koncertów, myślę, że około piętnastu, dwudziestu. Zazwyczaj wykonywaliśmy cały materiał z płyty, uzupełniając go dwoma lub trzema coverami. Muszę przyznać, że dawno nie wracałem do tego albumu. Był jednak taki okres, kiedy słuchałem go niemal codziennie. To naturalny etap przed premierą – analizujesz każdy szczegół i zastanawiasz się, co jeszcze można było zrobić lepiej. Gdybym miał wskazać swój ulubiony utwór z tej płyty, byłby to „Made of Stone”.
Jakub Wojtowicz: Skoro mówisz, że dawno nie słuchałeś tego albumu, to czy lubisz wracać do swoich płyt po latach?
Wojtek Cugowski: Robię to bardzo rzadko. Zazwyczaj tylko wtedy, kiedy przygotowujemy nową setlistę koncertową. Wtedy muszę wrócić do starszych nagrań i przypomnieć sobie materiał. Nigdy jednak nie robię tego z sentymentu czy po to, żeby wracać myślami do okresu, w którym dana płyta powstawała. Nie wiem, z czego to wynika. Chyba po prostu nie przepadam za słuchaniem własnego głosu. Tak było właściwie od zawsze, nigdy nie należałem do osób zakochanych we własnej twórczości.
Jakub Wojtowicz: Nigdy też nie sprawiałeś wrażenia zakochanego w sobie. Można jednak powiedzieć, że tym albumem wypełniliście pewną lukę wśród śląskich fanów hard rocka. Był to pierwszy od siedmiu lat album studyjny zespołu Kruk.
Wojtek Cugowski: Bardzo możliwe, że rzeczywiście tak było. Wiem, że wcześniej ukazała się jeszcze płyta koncertowa, ale jeśli chodzi o materiał studyjny, to chyba masz rację. Najważniejsze jest jednak to, że album spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem. Otrzymał sporo pozytywnych recenzji, a ludzie, którzy przez lata przychodzili na koncerty Kruka, bardzo dobrze przyjęli również występy w składzie ze mną. To było niezwykle miłe i myślę, że ten projekt naprawdę się udał. Później nagraliśmy jeszcze album koncertowy. W studiu poprawiliśmy dosłownie kilka drobiazgów, ale bardzo niewiele. Nawet moje partie wokalne zostały praktycznie nietknięte, choć uważam, że nie byłem wtedy w swojej najlepszej formie. Dzisiaj, kiedy do niego wracam, czasem myślę, że pewne rzeczy można było zrobić lepiej. Z drugiej strony wystarczy spojrzeć na historię Deep Purple. To zespół, który wydał mnóstwo albumów koncertowych, zarówno oficjalnych, jak i późniejszych archiwalnych nagrań. Wiele z nich dokumentowało koncert dokładnie takim, jaki był – bez poprawek, często nawet z niedoskonałościami czy słabszą jakością dźwięku. Właśnie dlatego lubię tę płytę. Jest uczciwym zapisem konkretnego momentu. Tak wtedy graliśmy i tak zostaliśmy zarejestrowani. To nie jest album koncertowy, który później został praktycznie nagrany od nowa w studiu. I właśnie to uważam za jego największą wartość.
Jakub Wojtowicz: Albumy koncertowe nie pojawiają się zbyt często w Twojej dyskografii. Jeden nagraliście z zespołem Bracia, jeden w ramach projektu Cugowscy i jeden z Krukiem. Chyba nie jesteś wielkim zwolennikiem tego formatu?
Wojtek Cugowski: Z zespołem Bracia wydaliśmy właściwie dwie płyty koncertowe, a projekt Cugowscy tworzyli w zasadzie ci sami muzycy. Natomiast rzeczywiście nie zastanawiałem się nigdy szczególnie nad tym formatem. Tak, jak już mówiłem, bardzo rzadko wracam do swoich starszych nagrań. Gdybym dziś miał ocenić te albumy, musiałbym właściwie wyrobić sobie opinię od nowa, bo ostatni raz słyszałem je wtedy, kiedy były miksowane. Dla mnie płyta koncertowa jest przede wszystkim dokumentem. Pokazuje, w jakim miejscu znajdował się zespół w danym momencie swojej historii. W przypadku Kruka było to szczególnie ważne, bo podczas koncertów bardzo często zmienialiśmy aranżacje. Tu pojawiała się dłuższa solówka, tam dodatkowa zwrotka, gdzie indziej skracaliśmy utwór. Było w tym dużo swobody, charakterystycznej dla rocka lat siedemdziesiątych. Wtedy muzycy pozwalali sobie na znacznie więcej improwizacji i chcieliśmy zachować właśnie taki klimat. Zależało nam, aby ten album był hołdem dla tamtego sposobu grania.
Jakub Wojtowicz: Skoro tak często nawiązujesz do Deep Purple, przypomnij czytelnikom o Twoim wywiadzie z Ianem Gillanem.
Wojtek Cugowski: (śmiech) Propozycję przeprowadzenia tych w zasadzie wywiadów dostałem od Darka Świtały z Metal Mind. Na początku kompletnie nie wyobrażałem sobie, że mógłbym to zrobić. Z dziennikarstwem nigdy nie miałem wiele wspólnego. Akurat zbliżała się premiera nowej płyty Deep Purple, a w planach były również rozmowy z Davidem Coverdale’em i Glennem Hughesem. Kiedy to usłyszałem, od razu zapaliła mi się lampka. Pomyślałem jednak: „Darek, ja przecież nie umiem robić wywiadów. Jak to ma wyglądać?”. Odpowiedział, że wszystko odbędzie się przez telefon albo wideorozmowę. Pomyślałem wtedy, że nie dość, iż będę się zachowywał jak kompletny amator, to jeszcze zrobię coś kompromitującego. Nie znałem tej pracy od kulis i zwyczajnie się bałem. Ostatecznie zgodziłem się i dziś wiem, że nie mogło być inaczej. Rzuciłem się na bardzo głęboką wodę i przygotowałem się do tych rozmów niezwykle dokładnie. Nie odbyły się jednego dnia, ale w krótkich odstępach czasu. Paradoksalnie, największym wyzwaniem okazał się język. Znam angielski, jednak kiedy na co dzień mieszkasz w Polsce i nie używasz go stale, taka rozmowa z legendami rocka wiąże się z ogromnym stresem. Kosztowało mnie to mnóstwo pracy i nerwów. Wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić na pomyłkę. Musiałem zachować zimną krew, choć kompletnie nie czułem się w swoim żywiole. Z drugiej strony to było przeżycie, którego właściwie nie da się opisać. Rozmawiałem z ludźmi, których słucham od najmłodszych lat. Ich płyty są ze mną do dziś, wielokrotnie byłem na ich koncertach. Ta muzyka jest częścią mojego życia. Kiedy w słuchawce odezwał się David Coverdale… To było naprawdę surrealistyczne…
Jakub Wojtowicz: Podczas swoich solowych koncertów sięgasz po utwory z różnych etapów kariery – grasz materiał ze swoich ostatnich albumów, projektu Cugowscy, zespołu Bracia, a także covery. To bardzo szeroki repertuar.
Wojtek Cugowski: Rzeczywiście, ale moje koncerty solowe mają obecnie dwie odsłony. Albo występuję w duecie gitarowym z Bartkiem Jończykiem – moim znakomitym kolegą, albo koncertuję z pełnym zespołem. Podstawę repertuaru stanowią utwory z mojej solowej płyty. Nie gramy jednak całego albumu. Uważam, że nie wszystkie kompozycje sprawdzają się na koncertach, zwłaszcza w elektrycznej formule. Na płycie znalazło się sporo ballad, które dobrze funkcjonują w domowym odsłuchu, ale niekoniecznie pasują do energii koncertu. Oprócz tego wykonujemy dwa lub trzy utwory z czasów zespołu Bracia – przede wszystkim te, z którymi jestem najmocniej związany i przy których miałem największy udział twórczy. Pojawiają się również covery, choć nie jest ich wiele. Koncerty solowe mają przede wszystkim promować moją muzykę i to pozostaje dla mnie najważniejsze. Nie ukrywam, że wciąż czekam na taki utwór, który zyska większą popularność i będzie naturalnym punktem kulminacyjnym koncertu. Mam nadzieję, że to jeszcze przede mną. Na szczęście materiału do grania nigdy nie brakuje i bez problemu jesteśmy w stanie zbudować półtoragodzinny koncert. Jeśli chodzi o duet z Bartkiem Jończykiem, na początku wydawało mi się, że taka formuła sprawdzi się najwyżej przez godzinę. Dwóch muzyków siedzących z gitarami to przecież zupełnie inna energia niż pełny zespół. Okazało się jednak, że te koncerty również potrafią trwać półtorej godziny. Publiczność świetnie reaguje, atmosfera jest bardzo bliska i kameralna, a wielu słuchaczy właśnie taką formę występów bardzo ceni. Teraz zbliża się sezon koncertów plenerowych, więc najbliższe miesiące upłyną głównie pod znakiem występów z zespołem.
Jakub Wojtowicz: Byłbyś w stanie oszacować, ile koncertów grasz w ciągu roku?
Wojtek Cugowski: Na pewno kilkadziesiąt. Prowadzę swój kalendarz koncertowy, więc musiałbym do niego zajrzeć. Wydaję mi się, że w ubiegłym roku zagrałem około osiemdziesięciu. W tym roku mamy już za sobą dwadzieścia albo trzydzieści i ta liczba cały czas rośnie. Najtrudniejszy był oczywiście okres pandemii. W 2020 roku zagrałem zaledwie dwadzieścia koncertów. Biorąc pod uwagę wszystkie ograniczenia, i tak był to cud. To był zdecydowanie najgorszy rok i nie chciałbym już do niego wracać.
Jakub Wojtowicz: A jak wyglądało to na początku Twojej kariery? Mam wrażenie, że koncertów było wtedy jeszcze więcej… Jak wspominasz choćby lata dziewięćdziesiąte?
Wojtek Cugowski: Właściwie z zespołem Bracia na dobre zaczęliśmy koncertować dopiero w pierwszej dekadzie XXI wieku. Każdy młody zespół, który ma dobrego menedżera, powinien grać jak najwięcej, bo właśnie koncertując buduje się swoją pozycję. My jednak musieliśmy najpierw poczekać na wydanie pierwszej płyty. Dopiero wtedy wszystko nabrało rozpędu. Bywały lata, kiedy graliśmy około dziewięćdziesięciu koncertów, a zdarzył się nawet sezon, w którym zagraliśmy ich około stu. Jeśli doliczyć do tego festiwale, występy telewizyjne i różnego rodzaju wydarzenia, rzeczywiście był to bardzo intensywny czas. Najwięcej koncertów graliśmy przy okazji premiery albumu „Zmienić zdarzeń bieg”. To był okres wyjątkowo intensywnej pracy. Oczywiście zdarzały się też chude lata, jak w każdym zespole. Dziś również zależy mi na tym, żeby koncertować jak najwięcej. Choć jestem na scenie od wielu lat, doświadczenie samo w sobie niczego nie gwarantuje. Nie ma pewności, że każda nowa piosenka czy każda nowa płyta odniosą sukces. Trzeba pracować dokładnie tak samo ciężko, jak na początku. My z zespołem Bracia bardzo dużo wysiłku włożyliśmy w pierwsze lata działalności i mam poczucie, że ta zasada wciąż pozostaje aktualna.
Jakub Wojtowicz: Pozwól, że zadam to pytanie. Jak fakt, że jesteś synem znanego muzyka, wpływał na Twoją karierę? To bardziej ułatwienie, utrudnienie czy po prostu element, który trzeba zaakceptować?
Wojtek Cugowski: Rzadko się nad tym zastanawiałem, a dziś właściwie w ogóle o tym nie myślę. Oczywiście, jestem dumny z tego, co osiągnął mój ojciec. Jest wybitnym wokalistą i nigdy nie miałem co do tego najmniejszych wątpliwości. Nigdy jednak nie postrzegałem swojej drogi jako rywalizacji. Nie chodzi o to, żeby kogokolwiek prześcigać. Najważniejsze jest to, żeby robić to, co się kocha, rozwijać się i czerpać z tego satysfakcję. Jeśli jest się w tym szczerym, ludzie to dostrzegają. Nigdy nie czułem presji wynikającej z nazwiska. Nie wyobrażałem sobie robić w życiu niczego innego niż muzyka. Nie widziałem sensu, żeby dodatkowo nakładać na siebie ciężar porównań. Przestałem też przekonywać kogokolwiek, że rzeczywistość wygląda inaczej, niż wielu osobom się wydaje. Zawsze znajdą się ludzie, którzy uznają, że było mi łatwiej, że ktoś coś załatwił albo przetarł drogę. To naprawdę tak nie działa. Gdyby samo nazwisko gwarantowało sukces, bylibyśmy z Piotrkiem królami list przebojów. Tymczasem, każdy musi sam zapracować na swoją pozycję. Trzeba udowodnić przede wszystkim sobie, że potrafi się tworzyć muzykę i że jest się w tym dobrym. To, kim jest twój ojciec nie ma tutaj decydującego znaczenia. Niemniej, bardzo szanuję dorobek mojego ojca. Osiągnął naprawdę imponujący sukces.
Jakub Wojtowicz: Niedawno byłem na koncercie Twojego ojca w Narodowym Forum Muzyki. Muszę przyznać, że zrobił na mnie ogromne wrażenie.
Wojtek Cugowski: Takie opinie słyszę dość często i tylko utwierdzają mnie w tym przekonaniu. Zawsze był wybitnym wokalistą i do dziś imponuje mi tym, że potrafi utrzymać głos w tak znakomitej formie. Ma wyjątkowy, wręcz operowy tembr, ogromną siłę głosu i świetną technikę. Kiedy spojrzy się na najwybitniejszych śpiewaków operowych, można zauważyć, że wielu z nich zachowuje świetną formę przez długie lata. To efekt doskonałego warsztatu i właściwej pracy z głosem.
Jakub Wojtowicz: Wystarczy spojrzeć choćby na Placido Domingo czy José Carrerasa…
Wojtek Cugowski: To prawda, choć nie śledzę ich twórczości na co dzień. Jeśli jednak wracam do muzyki operowej, to dla mnie Luciano Pavarotti pozostaje absolutnie poza wszelką konkurencją. Oczywiście, od dawna nie ma go już z nami, ale kiedy oglądam koncerty Trzech Tenorów z Domingo i Carrerasem, niezmiennie robi na mnie ogromne wrażenie. Nie chciałbym powiedzieć czegoś nieprecyzyjnego, bo nie jestem specjalistą od śpiewu operowego. Potrafię jednak ocenić to, co słyszę. Dla mnie Pavarotti był artystą absolutnie kosmicznego formatu – kimś z najwyższej możliwej półki. Nie chciałbym porównywać mojego ojca do Pavarottiego, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Myślę jednak, że gdyby ojciec poświęcił się śpiewowi operowemu, z powodzeniem mógłby odnaleźć się również w tej stylistyce. Oczywiście świat opery i muzyki rozrywkowej rządzi się zupełnie innymi prawami, ale jego warunki głosowe zawsze były wyjątkowe.
Rozmawiał Jakub Wojtowicz.
Na zakończenie redakcja portalu PodWrocławskie składa Wojtkowi Cugowskiemu najserdeczniejsze życzenia z okazji 50. urodzin. Życzymy dużo zdrowia, wielu muzycznych inspiracji, udanych koncertów oraz wszelkiej pomyślności. Wszystkiego najlepszego!
