I RAZ I DWA I WKK!! Z PIEKŁA DO NIEBA WINDĄ O NAZWIE JAKUB GALEWSKI!!
Koszykówka potrafi pisać scenariusze, których nie powstydziłby się najlepszy film sportowy. Taki właśnie mecz zobaczyli kibice we Wrocławiu w niedzielę 8 marca – w Dniu Kobiet, kiedy WKK Wrocław podejmowało GKS Tychy w spotkaniu I ligi koszykarskiej. To było spotkanie pełne emocji, zwrotów akcji i historii, która z każdą minutą stawała się coraz bardziej nieprawdopodobna.
𝐂𝐢𝐞𝐤𝐚𝐰𝐨𝐬𝐭𝐤𝐚 𝐧𝐚 𝐩𝐨𝐜𝐳ą𝐭𝐞𝐤
W tym spotkaniu na parkiecie pojawił się tylko jeden obcokrajowiec – mierzący 206 cm Amerykanin Brad Waldow, grający w barwach WKK Wrocław.
𝐖𝐊𝐊 – 𝐤𝐥𝐮𝐛, 𝐤𝐭ó𝐫𝐲 𝐰𝐲𝐜𝐡𝐨𝐰𝐮𝐣𝐞 𝐩𝐫𝐳𝐲𝐬𝐳ł𝐨ść
Wrocławski klub od lat słynie z doskonałej pracy z młodzieżą. Świadczą o tym bardzo dobre wyniki w młodzieżowych mistrzostwach Polski, gdzie zespoły WKK regularnie walczą o najwyższe cele.
W niedzielnym meczu było to widać jak na dłoni. W składzie gospodarzy znalazło się aż pięciu zawodników poniżej 20 roku życia:
#1 Jakub Galewski
#35 August Chalupa
#21 Karol Prochorowicz
#17 Daniel Grzejszcyk – cały mecz spędził na ławce
#22 Bartosz Perczak
Dla porównania – w drużynie gości nie było żadnego zawodnika poniżej 20 lat. Najmłodszy w zespole z Tychów Kajetan Kuczawski ma już 20 lat. To tylko pokazuje, jak cenne doświadczenie zbierają młodzi zawodnicy WKK, grając z bardziej doświadczonymi rywalami.
𝐓𝐫𝐮𝐝𝐧𝐞 𝐳𝐚𝐝𝐚𝐧𝐢𝐞 𝐩𝐫𝐳𝐞𝐝 𝐖𝐫𝐨𝐜ł𝐚𝐰𝐢𝐚𝐧𝐚𝐦𝐢
WKK przystępowało do tego spotkania po dwóch porażkach – z Katowicami oraz Starogardem Gdańskim. Wrocławianie chcieli się więc zrehabilitować przed własną publicznością, a szczególnie przed kibickami, które licznie pojawiły się na trybunach w Dniu Kobiet.
Jednak przed zespołem ze Stolicy Dolnego Śląska – miasta Stu Mostów stało bardzo trudne zadanie.
Koszykarze GKS Tychy przyjechali bowiem do Wrocławia z serią pięciu zwycięstw z rzędu, a w tabeli zajmowali o sześć pozycji wyższe miejsce od gospodarzy. Przerwanie tej pięknej passy „węglowych” miało być ogromnym wyzwaniem.
𝐏𝐢𝐞𝐫𝐰𝐬𝐳𝐚 𝐤𝐰𝐚𝐫𝐭𝐚 – 𝐧𝐞𝐫𝐰𝐨𝐰𝐲 𝐩𝐨𝐜𝐳ą𝐭𝐞𝐤
Początek meczu zdecydowanie należał do gości. Już w pierwszych minutach zawodnicy z Tychów przejęli kontrolę nad spotkaniem i szybko objęli prowadzenie.
Gra WKK przez pierwsze pięć minut zupełnie się nie kleiła. Było sporo niecelnych podań, akcje kończyły się bez dobrego wykończenia, a kibice na trybunach patrzyli na to z wyraźnym niepokojem.
Najbardziej niezwykła sytuacja pierwszej kwarty wydarzyła się w jej środku. Jeden z zawodników Tychów przejął piłkę przy połowie i pędził na kosz, gotowy zakończyć akcję łatwym lay-upem. W ostatniej chwili został jednak zablokowany, a piłka… utknęła pomiędzy tablicą a obręczą. Rzadko spotykana sytuacja wywołała sporo śmiechu i zdziwienia na trybunach.
Pod koniec kwarty gospodarze wreszcie się obudzili i zaczęli odrabiać straty. Dzięki temu przed drugą kwartą przegrywali zaledwie jednym punktem.
Co ważne – WKK ani razu w tej kwarcie nie objęło prowadzenia. Jak się później okazało, miało to ogromne znaczenie dla dalszej historii tego meczu.
𝐃𝐫𝐮𝐠𝐚 𝐤𝐰𝐚𝐫𝐭𝐚 – 𝐭𝐫ó𝐣𝐤𝐢 𝐧𝐢𝐞 𝐜𝐡𝐜𝐢𝐚ł𝐲 𝐰𝐩𝐚𝐝𝐚ć
W drugiej części spotkania obie drużyny próbowały znaleźć rytm rzutowy zza łuku. Problem polegał na tym, że celowniki były bardzo rozregulowane.
Zarówno WKK, jak i GKS oddawały podobną liczbę rzutów za trzy punkty, ale zdecydowana większość kończyła się pudłami.
Goście nie uciekli gospodarzom na dużą przewagę punktową, jednak spokojnie kontrolowali przebieg spotkania. WKK nadal goniło wynik i wciąż ani razu nie objęło prowadzenia.
A potem przyszła akcja, która mogła być ozdobą całego meczu.
W ostatniej sekundzie drugiej kwarty Jakub Koelner oddał desperacki rzut z połowy boiska. Piłka poleciała wysoko w stronę kosza i… wpadła do środka!
Hala eksplodowała z radości. Kibice wstawali z miejsc, nie wierząc w to, co zobaczyli. Trafienie przypominało słynny rzut Grzegorza Kulki z Pucharu Polski przeciwko Arce Gdynia.
Niestety…
Po analizie sędziowie uznali, że piłka opuściła ręce zawodnika minimalnie po czasie.
Kosz nie został zaliczony.
Najbardziej widowiskowa akcja meczu… a punkty zamiast pojawić się na tablicy wyników – uleciały w powietrze.
𝐓𝐫𝐳𝐞𝐜𝐢𝐚 𝐤𝐰𝐚𝐫𝐭𝐚 – 𝐓𝐲𝐜𝐡𝐲 𝐛𝐥𝐢𝐬𝐤𝐨 𝐳𝐰𝐲𝐜𝐢ę𝐬𝐭𝐰𝐚
Po przerwie przyjezdni zdecydowanie przyspieszyli. GKS Tychy wygrał trzecią kwartę 8:18 i znacząco powiększył swoją przewagę.
Po trzydziestu minutach gry wydawało się, że goście mają szóste zwycięstwo z rzędu na wyciągnięcie ręki.
Co ciekawe, mimo przewagi punktowej w ich grze wciąż brakowało skuteczności. Było sporo niedokończonych akcji i wiele niecelnych rzutów za trzy punkty. Momentami wyglądało to tak, jakby zawodnicy WKK nawet nie bronili niektórych prób – ustawiali się tylko spokojnie do zbiórki pod koszem, jakby wiedzieli, że piłka nie wpadnie.
Gdyby choć połowa rzutów gości była celna, ich przewaga mogłaby być jeszcze wyższa.
Po trzech kwartach wynik brzmiał:
WKK Wrocław – GKS Tychy 38:52
Bezpieczne, czternastopunktowe prowadzenie gości.
𝐂𝐳𝐰𝐚𝐫𝐭𝐚 𝐤𝐰𝐚𝐫𝐭𝐚 – 𝐩𝐨𝐠𝐨ń 𝐣𝐚𝐤 𝐩𝐨𝐜𝐢ą𝐠 𝐩𝐨ś𝐩𝐢𝐞𝐬𝐳𝐧𝐲
Od pierwszych sekund ostatniej kwarty Wrocławianie zaczęli gonić wynik jak pociąg pośpieszny.
WKK zaczęło grać znacznie szybciej, agresywniej i przede wszystkim skuteczniej. Choć gospodarze mieli mniej trafionych rzutów za trzy punkty, zaczęli nadrabiać to energią, przechwytami i dobrą obroną.
Świetnie obserwowało się współpracę dwóch młodych zawodników – Jakuba Galewskiego i Karola Prochorowicza. Galewski jako rozgrywający świetnie wyprowadzał piłkę ze swojej połowy i posyłał dokładne podania, które Prochorowicz kończył efektownymi punktami.
Młode chłopaki z ogromną koszykarską przyszłością.
Strata zaczęła topnieć.
Z 14 punktów zrobiło się 6.
Potem 4.
WKK grało coraz piękniejszą koszykówkę. Były przechwyty, szybkie ataki i rosnąca pewność siebie. Tymczasem goście w czwartej kwarcie nie mogli trafić praktycznie nic.
W końcu gospodarze dopięli swego i po raz pierwszy w meczu objęli prowadzenie – o jeden punkt.
Hala oszalała.
Radość trwała jednak krótko. Chwilę później zawodnik Tychów Koperski stanął na linii rzutów osobistych. Jeden z dwóch rzutów trafił do kosza i na tablicy pojawił się remis.
O losach spotkania miała zdecydować dogrywka.
𝐃𝐨𝐠𝐫𝐲𝐰𝐤𝐚 – 𝐖𝐊𝐊 𝐧𝐢𝐞 𝐨𝐝𝐝𝐚ł𝐨 𝐣𝐮ż 𝐳𝐰𝐲𝐜𝐢ę𝐬𝐭𝐰𝐚
Wrocławianie byli tak napędzeni końcówką czwartej kwarty, że w dogrywce nie pozwolili już wyrwać sobie zwycięstwa.
Świetnie grał Brad Waldow – jedyny zagraniczny zawodnik na parkiecie. Amerykanin bronił, blokował przeciwników i zdobywał ważne punkty.
Przełamał się również Jakub Koelner. Po pechowym rzucie z połowy i wcześniejszych nietrafionych wolnych w końcu zaczął trafiać w drugiej części dogrywki.
WKK zaczęło budować przewagę.
Jakub Galewski trafia za trzy.
Jakub Koelner trafia.
Karol Prochorowicz trafia.
W tym momencie było już jasne:
WKK tego meczu nie przegra.
Zespół z Wrocławia dokonał rzeczy wydawałoby się niemożliwej – odrobił ogromną stratę i wygrał mecz po dogrywce.
𝐏𝐨𝐝𝐬𝐮𝐦𝐨𝐰𝐚𝐧𝐢𝐞 – 𝐩𝐫𝐳𝐞𝐠𝐫𝐚𝐧𝐞 𝐛𝐢𝐭𝐰𝐲, 𝐰𝐲𝐠𝐫𝐚𝐧𝐚 𝐰𝐨𝐣𝐧𝐚
O zwycięstwie gospodarzy zadecydowało przede wszystkim zmęczenie gości. WKK jest zespołem bardzo młodym i świetnie przygotowanym fizycznie.
Można powiedzieć, że wrocławianie przegrywali bitwy, ale wygrali wojnę.
Najlepszym zawodnikiem meczu był 18-letni rozgrywający Jakub Galewski, który wziął na siebie ogromną odpowiedzialność za drużynę i zdobył 21 punktów.
Zapytany po meczu o to, co zdecydowało o zwycięstwie, powiedział krótko:
– Drużyna jest strasznie zadowolona. O wygranej zdecydowała nasza obrona.
Oprócz niego świetnie zaprezentowali się także:
Brad Waldow
Karol Prochorowicz
Jakub Koelner, do którego szczęście uśmiechnęło się dopiero w dogrywce.
Takie mecze przypominają, dlaczego kochamy sport.
Bo czasem wystarczy jedna iskra, jeden lider i jedna drużyna, która nie przestaje wierzyć, aby z piekła wznieść się do nieba.
A we Wrocławiu windę tego dnia obsługiwał jeden człowiek:
Jakub Galewski!
Paweł Skuza

