Kinga Głyk – „To, co gramy jest odzwierciedleniem tego, co w danym momencie myślę i czuję”.
Jakub Wojtowicz: Kingo, pochodzisz z muzycznej rodziny. Dlaczego córka uznanego wibrafonisty zdecydowała się na grę na basie?
Kinga Głyk: Tak naprawdę, ja zawsze chciałam grać na basie. To się zaczęło od słuchania muzyki. Wtedy wyobrażałam sobie i udawałam, że gram właśnie na basie. Mój tata nigdy mnie nie zmuszał do grania. Ja kocham ten niski dźwięk basu oraz jego rytm. To był mój wybór. Fakt, że mój ojciec jest muzykiem dużo mi dał. Bardzo mi pomagał.
JW: Czy można powiedzieć, że twoja rodzina była kluczowa w rozwoju twojej muzycznej kariery?
KG: Tak, dzisiaj bym tak powiedziała. Tak, jak mówiłam, tata był bardzo pomocny. Dużo się od niego nauczyłam. Miał też kontakty i połączył mnie z wieloma ludźmi z tej branży.
JW: Czy są lub byli jacyś basiści, muzycy, którzy cię inspirowali i podtrzymywali twoje zainteresowanie tym instrumentem?
KG: Tak, jest ich wielu. Oni co jakiś czas się zmieniają w zależności, w jakim jestem okresie swojego życia. Tym pierwszym był Jaco Pastorius, który inspirował mnie nie tylko graniem, ale także swoją osobowością sceniczną. Później doszedł Marcus Miller – smutno by było go pominąć. Swego czasu też słuchałam Tal Wilkenfeld, która jest znana m.in. ze współpracy z Herbiem Hancockiem. Ostatnio doceniłam Michaela Pipoquinha. Jest to brazylijski basista, prawie w moim wieku. Zachęcam do przesłuchania. Na koniec wymienię MonoNeona. Również inspiruje mnie jego osobowość i styl gry. Tak więc, tych muzyków, którzy „utrzymują mnie przy życiu” jest bardzo dużo.
JW: A jak kształtowałaś swój warsztat gry na basie? Jesteś bardziej samoukiem, czy bardziej ukształtowała cię twoja muzyczna edukacja? Czytałem, że jednym z twoich nauczycieli był profesor Jacek Niedziela – obecnie wykładowca w Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Czyżby w twojej edukacji był wątek wrocławski?
KG: Ja zawsze nazywałam siebie samoukiem. Z panem Jackiem uczyłam się tylko przez krótki okres. Jednak bardzo się cieszę, że miałam okazję uczyć się od niego. To jeden z moich ulubionych muzyków. Patrząc całościowo na moją drogę, to jestem samoukiem. Nigdy nie chodziłam do żadnych szkół. Mój tata oczywiście mi pomagał, ale jeżeli chodzi o grę na basie to zawsze szukałam sama swojego stylu.
JW: Już jako nastolatka grałaś w zespole rodzinnym. Wtedy nagrałaś swoją pierwszą płytę…
KG: Zgadza się. Właściwie, swój pierwszy solowy album nagrałam, kiedy miałam osiemnaście lat, ale rzeczywiście, pierwszy album nagrałam w rodzinnym trio, kiedy miałam szesnaście lat.
JW: Odchodząc na chwilę od basu. Grasz czasem także na innych instrumentach?
KG: Tak, czasami sama dla siebie gram na gitarze, pianinie czy perkusji, ale traktuję te instrumenty przede wszystkim jako formę własnego rozwoju muzycznego. Pianino i gitara pomagają mi lepiej rozumieć harmonię, a z perkusją miałam kontakt również dzięki mojemu tacie, który jest perkusistą. Kiedy miałam okazję, ćwiczyłam też w jego sali prób. Jednak zdecydowanie najbliższy jest mi bas. To na nim komponuję, wyrażam siebie i czuję, że jest częścią mnie.
JW: Twój ostatni album – „Real Life” został wydany w 2024 roku. Uporządkujmy, bo spotkałem się z różnymi wersjami. Który to twój album?
KG: Jest to piąty album. Idąc po kolei. Pierwszy album to był „Rejestracja”, potem „Happy Birthday”, „Dream”, „Feelings” i na końcu „Real Life”.
JW: Podczas nagrań towarzyszyło ci wielu uznanych muzyków m.in. twój wcześniejszy współpracownik – Brett Williams. Na albumie pojawiło się aż czterech klawiszowców? Jak uformował się ten skład? Skąd taki pomysł?
KG: My ten album rzeczywiście nagraliśmy w studiu z Brettem, a pozostali klawiszowcy dostali tracki online. Tak też dogrywali. Nie było niestety możliwości bezpośredniego ściągnięcia ich do studia. Dla mnie każdy muzyk ma inny „język”. Każdy zagra określone partie na swój sposób. Dlatego też lubię angażować różne osoby, nawet jeżeli chodzi o ten sam instrument. To daje możliwość usłyszenia ich sposobu frazowania, różnego podejścia do gry. To zawsze jest inspirujące.
JW: „Real Life” to zupełnie inny album w twojej dyskografii. Większą rolę odgrywają na nim syntezatory. Jest bardziej melodyjny i więcej jest tam przestrzeni. Skąd pomysł na takie brzmienie?
KG: Tak umówiliśmy się z producentem – Michaelem League’em. Chcieliśmy, żeby to nie był album skoncentrowany wyłącznie na basie. Zrezygnowaliśmy z trudnych pasaży, których trzeba by było się nauczyć. Zależało nam, żeby powstały utwory, które mogą zostać w głowie odbiorcy, z którymi może się utożsamić. Oczywiście, bas dalej jest bardzo ważną częścią każdej kompozycji, ale nie o to chodziło, żeby zawsze się wybijał.
JW: A jak wspominasz swoją współpracę z Michaelem? W końcu to muzyk zespołu Snarky Puppy, zdobywca pięciu nagród Grammy. Czego Cię ona nauczyła?
KG: Bardzo dobrze. Michael jest także naprawdę wyjątkową osobą, mającą ogromne doświadczenie zarówno w produkcji, jak i we współpracy z ludźmi. Dzięki kontakcie z taką osobą, człowiek bardziej nastawia się na słuchanie. Nauczył mnie przede wszystkim tego, że każdy pomysł może być wartościowy. To bardzo pomaga w pracy zespołowej. Czasami jesteśmy za bardzo przywiązani do swoich pomysłów i za bardzo chcemy je przepchnąć. Przez to można niekiedy zapomnieć, że działa się w grupie. Na tych sesjach się nauczyłam, że „wolność słowa” to nic złego. Grunt, żeby znaleźć to najlepsze rozwiązanie.
JW: No przecież inni wielcy artyści jazzowi nagrywali tak albumy, że spotykali się i wychodziło z tego jam session. Czy współpraca z Michaelem też tak wyglądała?
KG: My spotkaliśmy się jeszcze zanim chłopaki przyjechali do studia. Chcieliśmy zebrać wszystkie moje pomysły i złożyć z tego takie „demówki”, żebyśmy wiedzieli, żeby mieć zarys utworów. Nie były one bardzo szczegółowe, tak, żeby każdy wiedział, co ma grać. Potem, kiedy przyjechała reszta zespołu, to chętnie słuchaliśmy, jakie mają pomysły. To bardzo kreatywni artyści.
JW: Już twoje pierwsze albumy wskazują u Ciebie na dużą otwartość gatunkową. Na przykład na albumie „Rejestracja” są odniesienia do hip-hopu. Czy to ma odzwierciedlenie w twoim guście muzycznym?
KG: Tak, jak najbardziej. Nie zamykam się w jednym gatunku muzycznym. To pozwala mi być bardziej elastyczną i myśleć szerzej. Najbliższa mi jest muzyka jazzowa, funkowa, fusion. Jednak, mój gust jest szerszy. Słucham także popu, rocka, muzyki klasycznej, czasami również hip-hopu.
JW: A mogłabyś podać przykłady artystów spoza jazzu, których szczególnie cenisz?
KG: Na pewno Stevie Wonder, Michael Jackson i Prince. To artyści, których muzyka od zawsze bardzo mnie inspiruje. Ale tak naprawdę nie ograniczam się do konkretnych nazwisk czy gatunków. Najważniejsze jest dla mnie to, co muzyka we mnie wywołuje. Jeśli utwór ma w sobie głębię, porusza mnie albo po prostu sprawia, że coś czuję, to nie ma dla mnie większego znaczenia, kto go nagrał. Potrafię zachwycić się muzyką, nawet nie wiedząc, kto jest jej autorem czy wykonawcą.
JW: Do pierwszego utworu – „Fast Life” z najnowszej płyty powstał teledysk. Czy w przyszłości możemy spodziewać się kolejnych?
KG: Na pewno. Poza nim jest jeszcze jeden teledysk do utworu „Joy Joy” z poprzedniej płyty. Nagrywaliśmy go ze znajomymi na wsi, gdzie się wychowywałam. Oczywiście, teledysk to dużo zachodu, dużo wydatków, ale na pewno jak będzie taka możliwość, to powstaną kolejne. Fajnie jest tak wizualizować swoją twórczość.
JW: Teledysk do „Fast Life” jest bardzo ciekawy. Pokazałaś tam takie „cztery swoje twarze”. To odnosi się ogólnie do nas. Jak według Ciebie teledysk pozwala podkreślić przekaz piosenki?
KG: Myślę, że bardziej otwiera umysł u odbiorcy. W mojej muzyce często nie ma tekstu. Dlatego też obraz bardziej rozszerza perspektywę, którą chciałabym przekazać publiczności. Jednak, nadal zostawiam przestrzeń na interpretację, bo nie wszystko zostanie powiedziane. Bardzo cenię sobie artystów, którzy zadają sobie trud, żeby jeszcze bardziej w ten sposób pokazywać swoją twórczość i przekaz.
JW: Jeszcze wrócę do tematu współpracy w zespole. Jesteś liderką. Jak wygląda podejmowanie decyzji w towarzystwie tak doświadczonych muzyków? W jakich kwestiach to Ty masz decydujący głos, a w jakich stawiasz na wspólne rozwiązania?
KG: Właśnie ostatnio byłam na takich warsztatach. Usłyszałam tam, że nie ma czegoś takiego, jak prawdziwa demokracja w zespole. Poniekąd się z tym zgadzam. W takim układzie, kiedy to ja prowadzę zespół i wkładam w to całe swoje życie kluczowe decyzje należą do mnie. To, co gramy jest odzwierciedleniem tego, co w danym momencie myślę i czuję. Oczywiście, każdy człowiek, z którym współpracuję jest ważną częścią tego projektu. Jestem otwarta na sugestie i rozmawiamy, ale jednocześnie muszę utożsamiać się z tym, co tworzę.
JW: Na koniec pytanie o koncerty. Na jakich koncertach lepiej się odnajdujesz? Na mniejszych klubowych, czy bardziej na festiwalach?
KG: To są zupełnie inne doświadczenia emocjonalne. Na koncertach klubowych najbardziej lubię ten bliższy kontakt z publicznością, lubię ich widzieć. Wychowałam się na graniu w małych klubach. Na festiwalach jest inaczej. To też jest okazja, żeby ludzie ze sobą spędzili miło czas, porozmawiali. Widzowie tam są mniej skoncentrowani. Dlatego, chyba bardziej lubię kameralne koncerty, ale z drugiej strony festiwale to zupełnie inna energia. Dlatego od czasu do czasu lubię tam wracać.
Rozmawiał Jakub Wojtowicz
