KulturaNewsRozmaitościWrocław

Nadodrzańskie rytmy jazzowe… Jazz nad Odrą po raz 62

62 Jazz nad Odrą odbył się w dniach 22-26 kwietnia. Artystów z całego świata gościły Impart Centrum oraz Klub Firlej.

Festiwal pokazał, jak różnorodnym gatunkiem muzycznym jest jazz. Jak podkreślał ze sceny dyrektor artystyczny – pan Igor Pietraszewski:

„Ktoś mówi:

– Nie lubię jazzu.

Drugi odpowiada:

– Jakiego?”

Tak w dużym skrócie można scharakteryzować jazz. Przez ponad 100 lat narodziło się bardzo dużo jego podgatunków, a tworzący go na przestrzeni lat artyści zaproponowali niezliczone kierunki. Organizatorzy postarali się, żeby publiczność doświadczyła jego różnych odcieni. Większość z zaproszonych artystów zaprezentowała się znakomicie.

Poniżej przedstawiam bardziej szczegółowe relacje z koncertów, w których uczestniczyłem.

Zapraszam do lektury!

Skandynawska melodia – Lars Danielsson

Doskonale znany polskim fanom jazzu Lars Danielsson odwiedził Wrocław wraz ze swoim kwintetem. Szwedzki kontrabasista i wiolonczelista już wcześniej występował na tym Festiwalu, nagrywał z polskimi muzykami: na przykład z Leszkiem Możdżerem.

Zaprezentowano niezwykle ekspresyjną i melodyjną formę jazzu. Każdy z muzyków na swój sposób zachwycił.

Pianista Gregory Privat grał na tyle dynamicznie, że miejscami miałem wrażenie, że jednocześnie gra dwójka muzyków. Wielokrotnie zaskakiwał słuchaczy nagłymi zmianami tempa i rejestru.

Lars Danielsson w partiach smyczkowych potrafi wydobyć ze swojego kontrabasu tak miękkie i śpiewne dźwięki, że słyszałem tam wiolonczelę.

Magnus Öström – ten perkusista to połączenie niesamowitej, momentami ocierającej się o Buddy’ego Richa dynamiki, kontroli dźwięku, a zarazem lekkości. To, co potrafił wydobyć z jednego talerza… Ta gra na dzwonkach w jedynym z ostatnich zaprezentowanych utworów…

John Parricelli – czyli gitarzysta często zmieniający instrumenty. Raz grał na gitarze akustycznej, raz na elektrycznej. Podczas koncertu głównie odpowiadał za rytmikę.

To naprawdę zgrany zespół. Po koncercie muzycy spotkali się ze słuchaczami. Był czas na autografy, wymianę poglądów opinii oraz doświadczeń.

Lars Danielsson wydał niedawno album „Echomyr”, z którego materiał został zaprezentowany. Można było także nabyć swój egzemplarz.

Zdobywca Grammy, wypadek saksofonisty i…

Peter Erskine to bez wątpienia ikona jazzu, ceniony perkusista z ogromnym stażem i zdobywca nagrody Grammy. Znany ze współpracy z wybitnymi muzykami jazzowymi i nie tylko, pracował np. z Kate Bush czy z Rodem Stewartem.

Niestety, przed koncertem doszło do wypadku – saksofonista Bob Mintzer złamał palec i trafił do szpitala. W takiej sytuacji wyjście zespołu na scenę to wyraz profesjonalizmu i szacunku dla publiczności. Miał być kwartet, było „doświadczone trio”, jak podkreślał Peter Erskine.

Czasami brak jednego członka zespołu może znacząco wpłynąć na jego odbiór. Tak było w tym przypadku. Koncert był za mało angażujący i momentami powtarzalny. Pianista Alan Pasqua przez większość czasu grał w podobnym rejestrze, kontrabasista Darek Oleszkiewicz (Wrocławianin) budował raczej jednostajne i bezpieczne partie. Niektóre solówki Petera Erskine przyciągały uwagę, ale to było za mało. Opowieści Petera Erskine także nie przypadły do gustu, miejscami zamieniały się w wykłady. Z przykrością muszę stwierdzić, że część publiczności zaczęła wcześniej opuszczać salę.

To nie jest ocena klasy muzyków. Po prostu tego wieczoru postawili na bardzo bezpieczne rozwiązania.

Pozostaje życzyć zdrowia Bobowi Mintzerowi i poczekać na ich występ w pełnym składzie.

Ludzki głos to niesamowity instrument – Michael Mayo

Michael Mayo to przedstawiciel młodszego pokolenia jazzmanów. Urodził się w 1992 roku w Los Angeles w rodzinie muzyków. Jego mama śpiewała w chórkach u artystek takich jak Whitney Houston czy Beyonce. Amerykanin odwiedził Wrocław prezentując materiał z nowego albumu „Fly”. Stanowi on syntezę nowych kompozycji z nowoczesną interpretacją klasyków.

Michael Mayo to wokalista dysponujący przepięknym tenorem lirycznym. Kiedy usłyszałem jego instrumentalne improwizacje wokalne, od razu pomyślałem o Florze Purim i jej popisach na albumach Chicka Corei, czy o sile wokalu i przepięknej barwie Mariana Golda (Alphaville). Bardzo lubię takie podejście. Trudno mi opisać emocje, jakie mi wtedy towarzyszyły. Michael również wielokrotnie angażował publiczność.

Poza jego wokalem, bardzo ciekawe były (choć nieliczne) perkusyjne solówki Robina Baytasa, ale to wokal Michaela od początku do końca grał pierwsze skrzypce.

Jedno z najważniejszych muzycznych odkryć ostatnich lat. Z takim głosem mógłby być gwiazdą pokroju Bruno Marsa czy zespołu The Weekend.

Jazzowy nokaut – Patrick Bartley Quartet

Gdyby ktoś mi powiedział, że tak zatytułuję relację z koncertu jazzowego, uznałbym to za mało poważne. W tym przypadku jest to jednak jak najbardziej pasujące określenie.

Kiedy tylko zaczęli grać, pokazali, że jak mówi się w żargonie: „nie biorą jeńców”. Ekstremalna dynamika – miałem wrażenie, że ciągle grają na granicy fizycznej wytrzymałości.

Patrick Bartley najpierw gra w ten sposób na saksofonie przez kilka minut, a potem jak gdyby nigdy nic, bez zapowietrzenia opowiada o muzyce – nawiasem, nadawałby się na konferansjera. Ma dynamikę w głosie, pewność siebie i świetnie się go słucha.

Stefan Klein to taki zespołowy „silnik Diesla” – perkusista, który łączy ogromną wytrzymałość i intensywność z chirurgiczną precyzją. Momentami jego gra kojarzyła się z energią Neila Pearta, choć w bardziej jazzowym ujęciu.

William Schwartzman to pianista podążający za tą dynamiką, ale z drugiej pokazuje momenty wirtuozerii – w wyższych rejestrach buduje rozległe, niemal malarskie frazy, momentami przywodzące na myśl Roya Bittana.

Naprawdę trudno mi było uwierzyć w to, co widziałem. Skąd ten zespół bierze taką energię i jak łączy ją z tak wysokim poziomem wykonawczym?

„Najbardziej utalentowany pianista na świecie” i jego trio

Tak kiedyś określono Gonzalo Rubalcabę – kubańskiego pianistę i lidera zespołu. Mogę potwierdzić, że cały czas słychać było, że to bardzo doświadczony, kochający to, co robi muzyk. Kiedy gra na fortepianie porusza ustami w tym granych przez siebie dźwięków, widać jego emocjonalne zaangażowanie. Słychać silne inspiracje muzyką klasyczną oraz narracyjność kojarzącą się z muzyką filmową. Gonzalo odebrał gruntowne wykształcenie muzyczne, pochodzi z rodziny muzycznej. Muzykę klasyczną i jazzową łączy z elementami muzyki kubańskiej. Ten koncert był tego przykładem.

Poza Gonzalo, moją uwagę zwrócił perkusista – Ernesto Simpson. To w jego sposobie gry najbardziej było słychać latynoskie korzenie. Efekt ten otrzymywał np. dzięki charakterystycznemu dźwiękowi „claves”.

To koncert, w którym jazz, klasyczna gra fortepianowa i kubańska rytmika przenikały się w sposób naturalny, bez wyraźnych granic. To z łączenia tych światów Rubalcaba jest najbardziej znany i ceniony.

Energia, dynamika i prawdziwe wirtuozerskie Jam Session – Lawrence Clark Quintet.

Występ powyższego kwintetu to była prawdziwa „zabawa konwencją”. Nie bez powodu jego styl określa się jako „free jazz”. Zespół zaprezentował bardzo dynamiczną grę. Po raz kolejny zastanawiałem się, skąd ta energia i kondycja u perkusisty. Zespół często zmieniał rejestr. Kiedy grały instrumenty dęte – saksofon (na którym grał sam Lawrence) i/lub trąbka, było zdecydowanie bardziej intensywnie. Kiedy saksofonista i trębacz odpoczywali, za melodię odpowiadał pianista, niekiedy wspierany przez kontrabasistę. Wtedy tempo wyraźnie zwalniało.

To bardzo atrakcyjny styl i podejście do gatunku, ale ma jedną słabość. Po czasie, ze względu na powtarzalność schematu i przewidywalność może zmęczyć. Co jakiś czas wprowadzano drobne zmiany, ale to estetyka, która sprawdza się przede wszystkim w ograniczonym czasie.

Lawrence Clark Quintet to zespół, który imponuje energią i pomysłowością, ale z takim podejściem do gry wymaga selektywnego odbioru, bo w nadmiarze traci swoją siłę.

Jazzowa wymiana kulturowa – Dorota Piotrowska & Sound Circle.

Choć podczas tegorocznego Festiwalu wiele razy mieliśmy zespoły z muzykami różnego pochodzenia, odniesienia do kultur krajów, z których pochodzą. Jednak, tutaj to stanowi jeden z fundamentów zespołu.

Spójrzmy na pochodzenie muzyków:

Polka, Kubańczyk, dwóch Amerykanów, Norweszka, Libańczyk…

„Machito” – kubański perkusista cały czas grał na bębnach Konga. To on głównie odpowiadał za perkusyjność w zespole. Perkusja Doroty Piotrowskiej, jej gra głównie na talerzach nadawała muzyce przestrzeni.

W dalszej części koncertu było coraz więcej elementów folkowych:

Hildegunn – norweska trębaczka zaczęła grać na Bukkehornie (kozim rogu), a w tle śpiewał Machito. Nadawało to koncertowi mistycznego wymiaru. Z czasem pojawiły się grzechotki i dużo innych nawiązań do lokalnych i ludowych tradycji.

Koncert stanowił odważne połączenie bardziej klasycznego jazzu z elementami folkowymi wywodzącymi się z odległych kultur. W mojej opinii, jeden z najbardziej godnych zapamiętania koncertów tegorocznego Jazzu nad Odrą.

Spokojny, bezpieczny początek, a potem improwizacje i prawdziwa magia – Pablo Held Trio.

Zdecydowanie najbardziej zaskakujący ze wszystkich występów tegorocznego Jazzu nad Odrą. Zaczęło się spokojnie. Powolna gra fortepianu, perkusista tworzył przestrzeń delikatnie grając na talerzach, kontrabas jedynie tworzył rytmikę. Na początku to pianista – lider zespołu nadawał tempo.

Powoli wszystko zaczęło się zmieniać. Perkusja, podobnie jak kontrabas, zaczęła współtworzyć warstwę melodyczną, a nie tylko rytmiczną – to perkusista rozpoczął kolejny utwór. Pianista zaczął zmieniać style gry i przeskakiwać pomiędzy rejestrami.

Bardzo ciekawym aspektem był kontakt Pablo Helda z publicznością. Mówił bardzo wyraźnie, ciekawie przedstawiał historię prezentowanych utworów i opowiadał anegdoty.

Na tym koncercie było wszystko – spokojne, melodyjne utwory, bardziej „taneczne” fragmenty, aż po naprawdę dynamiczne momenty, w których perkusista zbliżał się wręcz do stylistyki rockowej. Na koniec pojawił się magiczny, oniryczny utwór, któremu wszystkie instrumenty nadawały spójny klimat. Gra smyczkiem kontrabasisty, delikatne dźwięki werbla oraz uderzanie grzechotkami w talerze tworzyły wyjątkową atmosferę. Była to „Ode to Turiya” – autorska kompozycja Helda dedykowana Alice Coltrane, żonie John Coltrane’a, o którym będzie jeszcze mowa.

To zespół, którego członkowie rozumieją się bez słów. Ani razu nie zauważyłem, żeby którykolwiek z nich kontrolował grę pozostałych.

W skrócie, koncert stanowił połączenie różnych spojrzeń na muzykę jazzową. Nic dziwnego, że znawcy twórczości Pablo Helda mają trudności w jednoznacznym sklasyfikowaniu go w ramach gatunku.

1926-2026 – setne urodziny wybitnych rówieśników – Milesa Davisa oraz Johna Coltrane’a – przed Wami Terence Blanchard oraz Ravi Coltrane.

Tak, to Oni:

– Terence Blanchard – wybitny amerykański trębacz, którego muzykę znamy na przykład z filmów Spike’a Lee

– Ravi Coltrane – ceniony saksofonista i kompozytor, syn Johna i Alice

zabrali nas w podróż po dziedzictwie dwóch ikon jazzu.

Według organizatorów, na ten koncert szykowali się długo, bo aż trzy lata. Przed koncertem obaj tegoroczni jubilaci byli przedstawiani jako persony wyznaczające standardy dla każdego jazzmana – każdy twórca jazzowy w jakiś sposób do nich się odnosi.

Koncert był oglądany praktycznie przez wszystkich i publiczność z niecierpliwieniem oczekiwała wyjścia muzyków, w „rolę” widza wcielili także członkowie obsługi, organizatorzy. Wszyscy chcieli poczuć jego atmosferę. Dziennikarze fotografujący, relacjonujący koncert byli postawieni w najwyższej gotowości.

Wychodzą!

Na początku za melodię odpowiadał gitarzysta – to potem będzie trzecią najważniejszą osobą w zespole. Grał spokojne solówki, wprowadzał odbiorców w atmosferę koncertu.

Wreszcie wychodzi Terence. Ubrany był bardzo nietypowo, jak na środowisko jazzowe – zwykła koszulka, dżinsowa marynarka, łańcuch na spodniach. Jednak to nie wygląd był najważniejszy. Od początku grał na swojej trąbce rzeczy niesamowite. Te przedłużenia, dźwięczność jego instrumentu. Zupełnie, jak Miles Davis. Nie chcę nic ujmować reszcie muzyków, ale z taką grą mógłby równie dobrze sam ciągnąć koncert.

Kolej na Raviego…

Ravi Coltrane wyszedł na scenę po zapowiedzi Terence’a. Na początku zaczął grać krótkie, urywane, ale wyraźne frazy, co momentami przywodziło mi na myśl późniejsze, bardziej free-jazzowe okresy twórczości jego ojca, szczególnie album jak „Ascension”. Z czasem grał coraz bardziej płynne solówki. Doskonale wpisuje się to w filozofię ojca. John Coltrane znany był z tego, że „dawkował” napięcie, coraz bardziej je podnosił.

Najbardziej godne zapamiętania były momenty, kiedy razem próbowali oddać wirtuozerię Davisa i Coltrane’a. Przypomnę, że takie sceny miały miejsce w prawdziwym życiu – Davis i Coltrane grali razem jak choćby na albumie „’Round About Midnight”. To były czasy, kiedy Miles Davis grał bardziej klasyczny i stonowany jazz – tzw. „cool jazz”. Jeden z zaprezentowanych utworów – „All of You” pochodził właśnie z tego wydania. Muzycy z 7-minutowego nagrania zrobili około półgodzinne jam session! Taką też formułę miały koncerty Davisa. Mnie jako osobę wywodzącą się m.in. z rocka lat 70. „kupili” tym całkowicie. Doskonale pamiętam koncertowe improwizacje moich ulubionych zespołów z tamtego okres jak Deep Purple czy Led Zeppelin lub jeszcze starszych jak The Doors czy Grateful Dead.

Wspaniałym doświadczeniem było patrzenie, jak pianista i gitarzysta grają swoje partie, a Ravi wraz z Terence’m przysłuchują się temu, tak, jakby byli członkami publiczności. To stworzyło bardzo intymną atmosferę pomiędzy nimi, a publicznością. Pamiętam, kiedy przy jednym z przedłużeń Blancharda Ravi aż uniósł brwi, a w swoim życiu słyszał już wiele…

Pozostali członkowie zespołu – kontrabasista i perkusista odpowiadali głównie za warstwę rytmiczną. Nie mieli wielu okazji, żeby pokazać się indywidualnie.

Były drobne mankamenty – były małe problemy z nagłośnieniem, zwłaszcza, kiedy swoje partie grał Ravi. Ponieważ koncert był w dużej mierze improwizowany, nie zawsze Terence i Ravi dobrze razem brzmieli, ale to są szczegóły…

To było godne zakończenie kolejnej edycji tego legendarnego już Festiwalu.

Podsumowując, choć moja relacja jest długa, to nie były wszystkie koncerty tegorocznej edycji Jazzu nad Odrą. Nie było mnie na inauguracji – w pierwszym dniu wydarzenia, opuściłem dwa koncerty w klubie Firlej oraz Jam session w wykonaniu wrocławskiego zespołu – Dominik Gawroński Quartet. To tylko pokazuje skalę tego przedsięwzięcia i jego renomę.

Do zobaczenia za rok!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *