Dorota Piotrowska – perkusistka, muzyczny obieżyświat o nowej płycie
Jakub Wojtowicz: Niedawno ukazał się album „Voices of Human Consciousness”. W jednym z wywiadów usłyszałem, że długo powstawał. Dlaczego zdecydowałaś się na wydanie go akurat teraz?
Dorota Piotrowska: Na to złożyło się dużo czynników. Przez ostatnie 10 lat dużo zmieniło się w moim życiu. Postanowiłam wrócić do Polski ze Stanów Zjednoczonych, założyłam rodzinę – urodziłam dwójkę dzieci. Do tego doszła pandemia. To wszystko sprawiło, że wówczas nie było przestrzeni na zajęcie się sztuką. Nagranie nowej płyty wymaga skoncentrowania się na tym zadaniu. Trzeba to poczuć, mieć przestrzeń, żeby trochę „pomedytować” nad sztuką. Najwyraźniej to teraz przyszedł na to czas. Moje dzieci zdążyły podrosnąć, życie w Polsce zaczęło się na nowo, tak więc znalazłam na to przestrzeń.
JW: Na album zaprosiłaś wielu muzyków, różnego pochodzenia, z różną tożsamością kulturową, co też słychać na albumie. Połączenie tradycyjnych instrumentów rodem z Kuby i z Norwegii to dość oryginalny pomysł. Jak się narodził?

Na zdjęciu Hildegunn Øiseth
DP: Myślę, że to muzyka jest taką przestrzenią, gdzie najlepiej te wszystkie kultury mogą się zintegrować. Zależało mi, żeby album stanowił obraz tożsamości kulturowej osób z całego świata, a jednocześnie był oparty na kanwie jakiegoś konkretnego języka. W wypadku tej płyty tym językiem jest jazz, szeroko pojęta muzyka jazzowa. W końcu sama muzyka jazzowa narodziła się wśród przedstawicieli wielu różnych kultur. Nowy Orlean, skąd wywodzi się jazz, to środowisko multikulturowe. Można powiedzieć, że ten album jest swego rodzaju kontynuacją tej tradycji. Przez te wszystkie lata ekspansja jazzu objęła cały glob. Dzisiaj na kierunku jazzowym kształci się ludzi w Korei, w Turcji, w Chinach, w Norwegii. Skala tego jest ogromna. Jednocześnie każde z tych miejsc ma swoją rdzenną muzykę i kulturę. Przyznam, że projekt rzeczywiście był trochę ryzykowny. Połączenie norweskiego rogu Bukkehorn z kubańskimi bębnami Konga na jednej płycie mogło się nie udać. O tym, że to przyniesie oczekiwany efekt dowiedziałam się na naszej pierwszej próbie. Wtedy dopiero okazało się, że zabrzmi to tak, jak sobie wyobrażałam. Wspólne tworzenie muzyki jest jednak nieco bardziej skomplikowane, niż na przykład praca malarza, który może indywidualnie poprawiać swoje dzieło i zmieniać koncepcję. Tutaj ze względu na pracę z ludźmi nie ma takiej możliwości. Każdy z nas ma swoje ego i swoją własną wizję.
JW: Właśnie moje poprzednie pytanie to była tylko część tego szerszego zagadnienia. Na albumie spotykamy wiele różnych kultur. Jak udało się w jedną całość połączyć tyle różnych światów? Wydawać by się mogło, że to wygeneruje problemy i chaos. Jak udało się osiągnąć ład?
DP: Myślę, że przede wszystkim dobrałam nie tylko znakomitych muzyków, ale również ludzi o bardzo ciekawej osobowości. Dwadzieścia lat współpracy z różnymi muzykami nauczyło mnie, że równie ważne jest to, jak ktoś podchodzi do muzyki i swoich współpracowników. Czy jest otwarty na sugestie, czy narzuca swoje zdanie. Na tym albumie grają muzycy, którzy pozwalają muzyce „zrobić swoje”. Kiedy wchodziliśmy do studia, mieliśmy już jakąś koncepcję tych utworów, mieliśmy aranże. Mniej więcej wiedzieliśmy, co chcemy stworzyć. Po tych próbach wiedzieliśmy już, jak to zabrzmi. Trochę były obawy o to, jak na przykład zabrzmią saksofon Grega i trąbka Hildegunn obok siebie. Wyszło wszystko znakomicie także dlatego, że mają podobne charaktery. Można powiedzieć, że to bardziej skupieni na zadaniu introwertycy. To samo też dotyczy całego zespołu. Na tym albumie chyba nie ma jednej osoby, której instrument wybijałby się znacznie ponad resztę, Udało nam się sprawić, że na płycie słychać taki „dialog” tych wszystkich instrumentów.

JW: Jesteś perkusistką, ale „Voices of Human Consciousness” jest albumem bardzo melodyjnym i dużo jest na nim przestrzeni. To chyba właśnie efekt tego, że nie chciałaś, żeby Twój instrument nadawał kierunek innym?
DP: Tak. Ja nie jestem taką osobą, która lubi „błyszczeć” i się wyróżniać. Ja chyba lubię być tak trochę w tyle. Oczywiście, perkusja to umożliwia, ale ja tego nie chciałam. Chciałam, żeby słuchanie tego albumu sprawiało słuchaczowi przyjemność. Chciałam większej spójności w melodii. Dzisiaj jazz zaczyna być coraz trudniejszy dla słuchacza. Jest miejscami „przeintelektualizowany”. Opiera się na skomplikowanej formie i trudnych podziałach rytmicznych. Ja myślę, że muzyka powinna pozwolić nam na przeniesienie się do innego świata, na odpoczynek od tego codziennego chaosu, jaki funduje nam współczesny świat. A poza tym chcieliśmy zabrać naszych odbiorców w prawdziwą muzyczną podróż.
JW: Na płycie grają dwie legendy jazzu – saksofonista Greg Osby oraz gościnnie Leszek Możdżer. Jak doszło do tych współprac?

DP: Z Gregiem znamy się już od dawna, z nowojorskiej sceny. Byłam jej częścią przez osiem lat. Nawiązałam wtedy bardzo dużo ciekawych kontaktów. Grałam w klubach, zarywałam całe noce, żeby się tam odnaleźć i zdobyć szacunek. Nowy Jork to wbrew pozorom nie jest miejsce, gdzie jak dasz komuś pieniądze, to nagra z tobą płytę. Oczywiście, są tacy, którzy się zgodzą, ale na pewno nie w tym wypadku. Jednak ja zdecydowałam się normalnie zdobywać kolejne kontakty i to zaowocowało wieloma współpracami. Organizowałam na przykład takie warsztaty jak „New York Jazz Masters”, gdzie zaprosiłam wielu muzyków z tej sceny. To właśnie w takich okolicznościach poznałam Grega Osby’ego. Poznaliśmy się na scenie przy okazji jakiegoś koncertu. Przez te lata Greg obserwował mnie, był też swego rodzaju moim mentorem. Z czasem, kiedy zaczęłam myśleć powoli o własnej płycie zaprosiłam go na lunch. To było z osiem lat temu. Wtedy pierwszy raz zapytałam go o zainteresowanie takim rodzajem współpracy. Zaproponowałam nagranie płyty, która wyjdzie spod jego wydawnictwa. Jednak, jeszcze wtedy nie odważyłam się zaproponować mu gry na moim albumie. To przyszło dopiero z czasem. Na wydanie mojego albumu od razu się zgodził, spodobała mu się koncepcja. To był taki pierwszy krok. Jeżeli chodzi o Leszka Możdżera. Poznaliśmy się w ciekawych okolicznościach. To było gdzieś w Paryżu, kiedy byłam z odwiedzinami u mojej siostry. Wtedy tam w jednym z klubów było jam session, w którym oboje uczestniczyliśmy. Przedstawiłam mu się (śmiech). Jednak, na tamten moment to była krótka znajomość, przypadkowo spotykaliśmy się na jakichś koncertach, festiwalach. Do współpracy nad płytą zaprosiłam Leszka, ponieważ chciałam zmienić strój na moim albumie. On jest znany z takich eksperymentów. Chciałam przestroić instrumenty na niższą częstotliwość 432 Hz (niższą, niż standardowo przyp. red.). Nie bez powodu to Leszek był pierwszym wyborem. Akurat na szczęście mój mąż (również muzyk przyp. red.) miał jego numer. Zaczęłam pytać o to Leszka i tak zgodził się pomóc.
JW: Myślę, że warto wspomnieć, że współpraca z Tobą to nie były pierwsze związki Grega Osby’ego z Polską. Wcześniej był na przykład dyrektorem muzycznym Sopot Jazz Festival w 2016 roku. Czy jego związki z Polską były przedmiotem Waszych rozmów?
DP: Tak, ja wiedziałam, że jest kuratorem tego festiwalu. On mnie tam zresztą zaprosił (na edycję w 2017 roku przyp. red.). Grałam tam z Samem Newsome’m. Tak więc, polski wątek w historii Grega jest ciekawy. On nawet chyba miał zespół składający się z polskich muzyków. Kontynuując kwestię związaną z albumem. Pandemia bardzo dużo pokrzyżowała w kwestii wydania albumu. Po jej zakończeniu zaczęłam współpracę z saksofonistą – Steve’m Carringtonem. Przez dwa lata graliśmy trasę po Polsce. W końcu zadałam sobie pytanie „Dlaczego ja nie gram pod własnym nazwiskiem?”. Wtedy podjęłam decyzję, że chcę założyć własny zespół. Pierwszą osobą, o której pomyślałam był właśnie Greg Osby i nie tylko dlatego, że się znaliśmy. Przede wszystkim jestem ogromną fanką jego sposobu gry, tego jak podchodzi do harmonii. Niektóre jego płyty to wręcz był dla mnie wyznacznik tego, jak powinna brzmieć moja płyta. Oczywiście wiem i widziałam, że tak nie będzie. Po pierwsze, ja nie pochodzę z Nowego Jorku i ten sposób gry nie towarzyszył mi od zawsze aż tak bardzo i jestem po prostu innym człowiekiem. Uważam zresztą, że to bogactwo i głębię trzeba wydobywać z siebie, a nie imitować kogoś innego.
JW: Greg też skomponował część z tych utworów, które są na płycie, a resztę pozostali w tym również ty…
DP: Tak. Cztery skomponowałam ja, dwa Greg, dwa Tarek (pianista przyp. red.), jeden Hildegunn i jeden mój mąż – Kamil Pełka. To sprawia, że te utwory są utrzymane w różnym klimacie. Różnią się od siebie. Nie bez powodu zdecydowałam się na rozdzielenie obowiązków komponowania utworów. Sama nie potrafiłabym oddać tych różnic kulturowych. Poprosiłam więc członków mojego zespołu, żeby przynieśli własne kompozycje napisane wprost pod ten skład. Pamiętam, że Hildegunn przyniosła ze sobą przepiękny utwór, który znakomicie oddaje klimat tych norweskich fiordów. W utworach skomponowanych przez Tarka słychać inspiracje muzyką arabską. To pokazuje mi jeszcze bardziej, że ja jako kompozytor nie potrafię wejść w głowę tych osób osadzonych w danej kulturze. To musi być ktoś stamtąd.
JW: Album został nagrany we wrocławskim studiu u Leszka Możdżera. W studiu zbyt małym dla siedmiu osób. Jak to wpływało na atmosferę w zespole podczas prac?
DP: Szczerze mówiąc, to nam nie przeszkadzało. Na pewno to jakoś wpłynęło na pracę. Nagrywając album nie widzieliśmy się i przez to musieliśmy znaleźć inny sposób na porozumiewanie się. Oczywiście, to nie było tak, że poszliśmy tam nie wiedząc, jakiego rozmiaru jest to pokój. Raz, że Leszek nas uprzedzał, że jest to studio bardziej pod trio, dwa, już wcześniej je widzieliśmy. Wcześniej robiliśmy tam próby. Chcieliśmy żeby Greg miał szansę ocenić, czy damy radę nagrać tę płytę w takich warunkach. Nasz kontrabasista – Ameen Saleem miał szczególnie pozytywne do tego usposobienie. Wspominał, że już kiedyś nagrywał album w podobny sposób. On grał w piwnicy, reszta na piętrze. Podczas nagrywania płyty jeden stał na przykład w kuchni, Greg na górze, Hildegunn nagrywała w przedpokoju i tak to zorganizowaliśmy. To było z jeden strony śmieszne, ale też pasjonujące doświadczenie.
JW: No, trąbka i bukkehorn w przedpokoju to musiało brzmieć nieźle (śmiech). A jaka była historia tych kompozycji? Czy to były tak zwane utwory „z szuflady”, czy były napisane wprost pod album?
DP: Oczywiście, są utwory napisane dużo wcześniej. „Lothlorien” napisałam będąc jeszcze w Nowym Jorku i nigdy do tej pory nie ukazał się na żadnej płycie. Jedynie na YouTube są jakieś nagrania, gdzie został odegrany na żywo w różnych składach. Greg Osby również nagrał utwór „Cyrille in Motian” sporo wcześniej. To jest ciekawa historia, ponieważ tytuł jest związany z dwójką perkusistów, z którymi współpracował. Jednym z nich był Andrew Cyrille, który był moim nauczycielem. Wspaniały bębniarz, mocno związany z free jazzem. Drugim jest oczywiście Paul Motian. Kolejny wybitny perkusista jazzowy. Z racji tego, że ja jestem perkusistką, to Greg chciał umieścić ten utwór właśnie na mojej płycie. Oczywiście są też kompozycje nagrane tuż przed powstaniem albumu. Na przykład Tarek skomponował „Upon” oraz „Saba H20” niedługo przed naszymi próbami.
JW: To Twój pierwszy album, ale nie jedyne wydawnictwo muzyczne, w które byłaś zaangażowana. Którą muzyczną współpracę wspominasz najlepiej? Która najwięcej cię nauczyła?

DP: Na pewno najciekawszą z moich muzycznych współprac była ta z Cæcilie Norby, z którą nagraliśmy album „Sisters in Jazz”. To wtedy poznałam się też z Hildegunn (śmiech). Było to wspaniałe doświadczenie, pracowaliśmy we wspaniałym studiu w Kopenhadze. Patronował nam wtedy słynny producent Siggi Loch – założyciel wytwórni ACT Music. Towarzyszył nam także Lars Danielsson, który jest prywatnie mężem Cæcilie (śmiech). Najwięcej satysfakcji przyniósł mi w tym wszystkim efekt naszej pracy. Kiedy usłyszałam nasze finalne utwory, to bardzo mnie to zainspirowało. Bardzo podobało mi się to melodyjne, skandynawskie granie. Chciałam wtedy, żeby ta mistyczność obecna na tym albumie w jakiś sposób znalazła się na mojej płycie.
JW: Wróćmy na chwilę do Twoich korzeni. Nie od zawsze byłaś perkusistką. Zaczynałaś jako klasyczna pianistka. Dodatkowo, twoje zainteresowanie perkusją nie wywodzi się ze środowiska jazzowego. Kiedy byłaś nastolatką, obracałaś się w otoczeniu muzyków reggae, rocka, a nawet metalu. To to otoczenie zainspirowało cię do perkusji. Kiedy już pojawiła się perkusja, dlaczego zdecydowałaś się ostatecznie pozostać w jazzie? Dlaczego nie grasz na przykład rocka?

DP: Bardzo dobre pytanie (śmiech). Kiedy poznaje się nowy instrument w wieku nastoletnim, w moim przypadku to było kiedy miałam szesnaście, siedemnaście lat, to początkowo gra się rzeczy najprostsze. W przypadku perkusji, jest to muzyka funkowa oraz rockowa. W tych gatunkach te rytmy są bardzo powtarzalne. Oczywiście można mieć swoje „wariacje”, dodawać różne hi-haty, Jednak dla mnie samo trzymanie rytmu po czasie stało się nudne. Kiedy zaczęłam studiować filologię romańską chodziłam także do Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Zbigniewa Czwojdy. To wtedy zaczęłam „zarażać się” jazzem. Uczyłam się u pana Zbigniewa Lewandowskiego. Prawdę mówiąc, to jazzu nie znałam do dwudziestego roku życia. Wprawdzie wiedziałam, co to za gatunek, ale nie słuchałam. Wtedy zaczynałam to odkrywać. Inspirowała mnie głównie muzyka fusion, w której jest więcej backbeatu. Z czasem zaczęłam odkrywać coraz więcej, także tej muzyki, w której już trudniejsza była rytmika. Tak to się zaczęło. Myślę, że wszyscy chcemy się jakoś rozwijać, odkrywać coś nowego. Takim przełomowym momentem w moim życiu był koncert Piotra Barona, z którym grał na perkusji Billy Hart. Koncert odbył się w ówczesnym klubie „Rura”. Wtedy we mnie coś „eksplodowało”. Wtedy bowiem zrozumiałam, że perkusja wcale nie musi się ograniczać do trzymania rytmu, tylko może „kolorować” i pełnić dużo więcej funkcji. Billy Hart potrafił po prostu z każdego talerza wydobyć coś niesamowitego. To wtedy chciałam zrozumieć, jak to należy robić. To był nowy początek.
JW: Którzy Twoi późniejsi nauczyciele w latach twojej zagranicznej edukacji byli najważniejsi? Którzy Cię najbardziej ukształtowali? Rozwińmy ten wątek…
DP: Oprócz oczywiście pana Lewandowskiego, który dał mi wspaniałe podstawy. To on nauczył mnie rudymentów. Przede wszystkim, on był wspaniałym pedagogiem. Nauczył mnie wiary w swoje możliwości, w to, że ja też potrafię. Za to zawsze będę mu wdzięczna. Potem, kiedy mieszkałam w Amsterdamie, to mój kolega przedstawił mi postać Ralpha Petersona – znakomitego amerykańskiego perkusisty. Pokazywał mi jego nagrania. Akurat wtedy Ralph był w Holandii. Był tam realizowany taki program edukacyjny „New York Comes to Groningen”, w ramach którego nauczyciele z Nowego Jorku przylatywali do Holandii. Zasugerował mi, żebyśmy pojechali. Wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy… Jak tylko poznałam Ralpha i jego metody to była to od razu miłość i nie w sensie, że się w nim zakochałam (śmiech), ale bardziej taka miłość jako do człowieka, do jego energii czy charakteru. Cudowny człowiek. Miał na przykład takie specyficzne podejście do uczenia gry na perkusji poprzez używanie metafor naprawy samochodu. Krótko mówiąc, brał przykłady z życia. To było coś niesamowitego. Innym nauczycielem był Nasheet Waits. Miałam u niego kilka lekcji. On też rozszerzył mój sposób patrzenia na muzykę. Nasheet też ma w sobie taki rodzaj magii. On jak siadał za perkusją, to miało się wrażenie, że ma się do czynienia z jakąś mistyczną istotą. Ostatnią osobą, jaką bym tutaj wymieniła jest mój mentor już ze Stanów Zjednoczonych – Gregory Hutchinson. To jego bym nazwała moim głównym mentorem. Bardzo mi pomagał i pokazał mi mnóstwo nowych rzeczy w muzyce.
JW: Jeśli mogę coś dodać. W recenzji Twojej płyty na łamach Jazz Forum zwracano uwagę na wpływy Jacka DeJohnette’a. Czy rzeczywiście Twój sposób gry na talerzach, takie wydobywanie z nich „kolorów” to przede wszystkim jego zasługa?
DP: Myślę, że tak (śmiech). Jack DeJohnette to absolutnie jeden z moich ulubionych perkusistów jazzowych. Niestety nie ma go już z nami. Z takiej specyficznej gry na talerzach też znani są Tony Williams czy Elwin Johnes, Max Roach. Lista tu mogłaby być jeszcze dłuższa… Właśnie Greg Osby grał w zespole DeJohnette’a przez wiele ładnych lat. Można znaleźć bardzo dużą ilość koncertów, na których razem grają. To jest niesamowite, że mogę współpracować z muzykiem takiej klasy.
JW: Na koniec. Za Wami parę sierpniowych koncertów. Jakie dalsze plany? W jednym z wywiadów była mowa o listopadzie…
DP: Tak, w listopadzie zagramy krótką trasę. Zagramy między innymi w Centrum Kultury w Oświęcimiu, na festiwalu PalmJazz Festival. Tak więc, będzie gdzie nas oglądać. Zapraszamy.
Rozmawiał Jakub Wojtowicz
