Sport w stylu retro
VII Mistrzostwa Europy w Boksie – Dublin 1947
Pierwsze powojenne mistrzostwa starego kontynentu zostały rozegrane w maju 1947 roku. Gospodarzem turnieju został Dublin. Do stolicy Irlandii przyjechały reprezentacje z szesnastu państw, wśród których było stu pięciu zawodników. Uwzględniając powojenne realia, liczba reprezentantów zrobiła na wszystkich duże wrażenie. Zygmunt Chychła wspominał w swojej autobiografii o rekordowej liczbie zawodników. Zdecydowaną większość stanowili przedstawiciele państw demokratycznych. Państwa bloku wschodniego reprezentowali Polska, Węgry oraz Czechosłowacja.
Powojenna rzeczywistość była skomplikowana. Środowisko sportowe borykało się z problemami organizacyjnymi, kadrowymi, finansowymi. Pomimo trudności, Polski Związek Bokserski (PZB) zdecydował się na wysłanie pełnej ekipy składającej się z ośmiu pięściarzy. Przygotowania potraktowano bardzo poważnie. Oczywiście, w kręgach władz i działaczy panował niepokój. Nie wiadomo było, w jakiej formie są przyszli rywale Polaków. Podczas rozegranych do tej pory nielicznych zawodów międzynarodowych, przeciwnikami byli pięściarze głównie z innych krajów socjalistycznych. Był to okres trwającej jeszcze przez lata powojennej odbudowy. Konsekwencje tego były widoczne. W kręgach działaczy sportowych często podkreślano straty, jakie Polska poniosła podczas działań wojennych.
Dobór kadrowiczów od początku budził zastrzeżenia trenera Feliksa Stamma. Na łamach swoich pamiętników krytykował nieumiejętne zastępowanie bardziej doświadczonych bokserów zupełnie nieznanymi, młodymi pięściarzami. Dla przykładu, Trzęsowski, który zastąpił kontuzjowanego Olejnika wprost został określony „żółtodziobem”. Opisywał ponadto problemy w zapewnieniu ekipie transportu i zakwaterowania. W pierwotnych planach mieli polecieć samolotem bezpośrednio z Warszawy do Dublina. Później zdecydowano, że najpierw reprezentanci i sztab pojadą pociągiem do Pragi, a stamtąd samolotem do Dublina. Kiedy byli już w Pradze okazało się, że nie zamówiono biletów samolotowych. Musieli polegać na zaprzyjaźnionych Czechach, którzy zorganizowali dodatkowy samolot. Następnie w londyńskim hotelu okazało się, że nie dla wszystkich kadrowiczów i członków sztabu szkoleniowego były miejsca. Do Dublina przybyli w ostatniej chwili, co sprawiło, że zmęczeni pięściarze nie mieli czasu na zaaklimatyzowanie się, a nawet na trening przygotowawczy.
Słowa Stamma na temat dezorganizacji potwierdza Zygmunt Chychła. Wspomina, że niedługo przed rozpoczęciem pojedynków podjęto decyzję, że będzie walczył w niższej kategorii wagowej – w lekkiej. Z tego powodu musiał schudnąć kolejne dwa i pół kilograma. Z tego powodu musiał poświęcić więcej czasu na treningi, ograniczyć posiłki, dłużej siedzieć w wannie – w gorącej wodzie. W efekcie w ciągu dnia schudł trzy kilogramy. To nie pierwsza podobna sytuacja. Już wcześniej zdarzały się podobne na polskim podwórku.
Występ Polaków na dublińskich ringach był niezadawalający. Niebagatelny wpływ na ten stan rzeczy miała długa, męcząca i źle zorganizowana podróż. Polska kadra najbardziej liczyła na dyspozycję Antoniego „Kolki” Kolczyńskiego i Franciszka Szymury. Dla „Kolki” Dublin miał symboliczne znaczenie. To tam wywalczył złoto na ostatnich przedwojennych mistrzostwach Europy w 1939 roku. Niestety, Kolczyński został wtedy po raz pierwszy w karierze znokautowany. Stało się to podczas drugiej, ćwierćfinałowej walki. Żaden z Polaków nie doszedł do półfinału. Do ćwierćfinałów doszli wspominany Szymura, Malak, Antkiewicz, Chychła i Klimecki. Redaktor Jerzy Zmarzlik wspominał, że po latach trener Stamm wyznał mu, że po porażce „Kolki” pierwszy raz w życiu płakał po walce swojego zawodnika.
Nastroje po nieudanych zawodach podsumowywał trener Stamm. Stwierdził, że wówczas kadra opuszczała Irlandię w zupełnie innych nastrojach. W 1939 roku wylatywali z pucharem narodów za drużynowe mistrzostwo. W 1947 roku zdobyli tylko pięć punktów, co oznaczało spadek na dwunaste miejsce w klasyfikacji europejskiej. Rozczarowanie w szeregach ambitnej reprezentacji Polski i jeszcze bardziej dążącego do zwycięstw trenera Feliksa Stamma było zrozumiałe.
Dla prasy rezultat ten oznaczał „klęskę”, jednak w „Przeglądzie Sportowym” nie krytykowano tak jednoznacznie postawy polskich zawodników. Pisano o konserwatywnym stylu walki opierającym się na technice, a nie na szybkoścu i sile. Zwracano przy tym uwagę na straty wojenne i przerwę w rozgrywaniu podobnych zawodów. Podkreślano także warunki, jakie panowały w dublińskiej hali. Kibice cały czas palili cygara. Porównano ją do palarni okrętowej.
Niestety, niektórzy zawodnicy nie uniknęli krytyki. Jednoznacznie skrytykowano postawę Grzywocza walczącego w wadze koguciej. Zmierzył się z Turkiem – Halitem. Uznano, że była to prawdopodobnie najgorsza walka w jego życiu. Podkreślano, że zawodnik ze Śląska nie potrafił zbliżyć się do przeciwnika, wielokrotnie chybił, a w trzeciej rundzie w ogóle był niewidoczny. Dostrzegano też pozytywne strony. W opinii dziennikarzy uczestnictwo w Mistrzostwach Europy pozwoliło pozyskać nowe zagraniczne kontakty. Ułatwiało to organizację przyszłych zawodów.
Jakub Wojtowicz
