Raperzy się pogodzili, ale „święta wojna” trwa – Anwil lepszy od Śląska w emocjonującym starciu we Włocławku 96:83
25 kwietnia hala we Włocławku była świadkiem widowiska, które miało w sobie wszystko: sportowe emocje, wielką historię rywalizacji i wyjątkowe tło, wykraczające daleko poza parkiet. W meczu Anwil Włocławek z Śląsk Wrocław znów nie zabrakło ognia – choć gdzie indziej, w świecie muzyki, doszło do pojednania, tutaj „święta wojna” nadal trwa w najlepsze.
Pojednanie raperów, walka na parkiecie
Tytułowe pojednanie nie jest przypadkowe. Po 17 latach konfliktu Rychu Peja i Tede (czyli Jacek Graniecki) zakopali topór wojenny. Impulsem była niezwykła akcja charytatywna prowadzona przez youtubera Łatwoganga, który podczas streamu zebrał aż 250 milionów złotych na pomoc dzieciom chorym na raka, bijąc rekord Guinnessa i zapisując się w historii globalnej filantropii.
To wydarzenie pokazało, że są rzeczy ważniejsze niż konflikty. Ale czy podobny scenariusz możliwy jest w koszykarskim świecie? Na razie – nic na to nie wskazuje.
Śląsk w kryzysie, Anwil bez litości
Śląsk przyjechał do Włocławka w trudnym momencie sezonu. Trzecia porażka z rzędu tylko pogłębia kryzys zespołu, który musi radzić sobie bez kontuzjowanego Noah Kirkwood. Przed wrocławianami jeszcze: mecz z Toruniem, starcie z drużyną Jakuba Szumerta: Zieloną Górą i Krosnem – trzy spotkania, które zdefiniują końcówkę sezonu.
Już początek meczu pokazał, że problemy Śląska są realne. Wrocławianie kompletnie nie weszli w spotkanie, tracąc po raz kolejny ponad 30 punktów w pierwszej kwarcie. Choć później gra się wyrównała, to było jak wspinaczka pod stromą górę – wymagająca ogromnego wysiłku.
Przebłyski jakości i bolesna czwarta kwarta
W kolejnych kwartach Śląsk próbował wrócić do gry. Dobrze prezentowali się m.in. Jakub Nizioł, który jako kapitan brał odpowiedzialność za zespół, oraz Grey i Urbaniak. „Dwa Jakuby” – Nizioł i Urbaniak – rozegrali naprawdę solidne zawody.
Znakomite wejście zaliczył także Michał Michalak, który nie grał w pierwszym meczu, ale w rewanżu zrobił prawdziwe show.
Jednak wszystko rozsypało się w czwartej kwarcie. Śląskowi przestało wpadać praktycznie wszystko – rzuty z dystansu, wejścia pod kosz, nawet te najprostsze próby. Do tego ponownie zawiodła obrona, co w połączeniu z ofensywną niemocą przesądziło o wyniku.
Siła Anwilu i izraelski akcent
Anwil był tego dnia po prostu lepszy. Szczególnie błyszczał Elvar Fridriksson, który – podobnie jak wcześniej we Wrocławiu – imponował skutecznością rzutów za trzy punkty. Wzmocnienia z Izraela, sprowadzony Shaq Buchanan w związku z trudną sytuacją w tamtym regionie, również wniósł sporo jakości do gry gospodarzy.
Atmosfera jak na wielki klasyk
Hala była wypełniona po brzegi, a emocje sięgały zenitu. Kibice obu drużyn stworzyli niesamowitą atmosferę – paradoksalnie pełną „miłości” do swoich barw i równie wielkiej niechęci do rywala. To napięcie unosiło się w powietrzu niczym największe radiowe hity o uczuciach – tylko że tutaj uczucia miały zupełnie inny wymiar.
Co dalej?
Śląsk stoi pod ścianą. Trzy mecze, trzy szanse i ogromna presja. Kapitan Jakub Nizioł wraz z trenerem robią wszystko, by utrzymać drużynę mentalnie na właściwym poziomie, ale problemy – szczególnie w defensywie – są widoczne gołym okiem.
Jedno pytanie pozostaje
Skoro Rychu Peja i Tede potrafili się pogodzić po latach, napędzeni wspólnym celem, to czy kiedyś podobna historia wydarzy się między Anwilem a Śląskiem?
Na razie odpowiedź jest prosta: nie. „Święta wojna” trwa – i nic nie wskazuje, by miała się szybko zakończyć.
Paweł Skuza
