Folk-rock, balladowość, teatralność. Ania Kamińska o zespole kilka czułości.
Jakub Wojtowicz: Ania. Jesteś wokalistką wrocławskiego zespołu kilka czułości. Niedawno wydaliście dwa nowe single „Chciałabym” oraz „Szum”. Jak one powstały?
Ania Kamińska: To na pewno był proces. Zalążki były już w mojej głowie, ale generalnie wszystko zaczęło się w tamtym roku, kiedy pojechaliśmy w trasę na Mazury. Graliśmy tam koncerty, ale mieliśmy też czas dla siebie. W tym wolnym czasie zdecydowaliśmy, że chcemy stworzyć kolejne utwory. To wtedy rozpoczęliśmy prace nad tymi i innymi utworami, które ukażą się na nadchodzącej płycie. Myślę, że miejsce powstawania jest jednym z powodów, dla których album będzie poświęcony wodzie, ale nie jedynym. Ogólnie, kiedy posłucha się naszych wcześniejszych piosenek, to woda jest często powtarzającym się motywem. Metafory związane z wodą są mi bardzo bliskie i inspirują mnie do pisania tekstów piosenek. Dlatego też, kiedy jestem nad wodą najlepiej mi się tworzy. W całym naszym zespole występuje zainteresowanie tym żywiołem. To jej piękno, tajemniczość, fakt, że daje życie. To wszystko się na to złożyło.
JW: Czyli wybór scenerii, którą widzimy w teledyskach do tych utworów to był efekt tego, że akurat tam się znaleźliście, czy było to wcześniej zaplanowane?
AK: Jeżeli chodzi o teledyski, to był to nasz wybór. Chcieliśmy realizować je blisko wody. A co do powstania utworów, to tak, jak powiedziałam, nie planowaliśmy tak intensywnych prac nad płytą tam na miejscu. Tak się po prostu stało. To była naturalna potrzeba.
JW: Przy utworze „Szum” pracowały z Wami Agnieszka Musiał i Hanna Wojtkowiak. Jak doszło do tych współprac? Czy to była pierwsza Wasza współpraca?
AK: Z Agnieszką i z Hanią znamy się już od jakiegoś czasu. Robiliśmy już razem różne projekty. Ja i Agnieszka jesteśmy w „rodzinie Ortegi” i śpiewałyśmy z ukulelkami różne piosenki. No i uznaliśmy, że świetnie będzie z Agnieszką nagrać piosenkę, że nasze głosy dobrze współbrzmią. Agnieszka jest poza tym super człowiekiem. Dokładnie tak samo jak Hania, którą poznaliśmy się chyba na jakimś koncercie… Wydaje mi się, że to był koncert, na którym grała z Jurkiem Filarem. My również wtedy graliśmy koncert w tym samym miejscu i tam się poznaliśmy i zakumplowaliśmy. Potem zagraliśmy kilka wspólnych koncertów i kiedy postanowiliśmy rozszerzyć instrumentarium o kolejny instrument smyczkowy, to było dla nas oczywiste, że na skrzypcach zagra właśnie Hania.
JW: W teledysku do utworu „Chciałabym” i zresztą nie tylko grasz na bardzo charakterystycznym instrumencie – autoharfie. Opowiedz o nim.
AK: To jest instrument wywodzący się z amerykańskiej muzyki folkowej, choć pierwotne jego korzenie sięgają Europy. Podobny jest do cytry. Szczerze, nie wiem skąd nazwa „autoharfa”. W ogóle nie przypomina harfy. Bardziej właśnie taką zautomatyzowaną cytrę z mechanizmem automatycznych akordów – tak to możemy nazwać. W swojej obecnej formie instrument został opatentowany w Stanach, o ile pamiętam w XIX wieku. To dlatego jest najbardziej kojarzony z amerykańską muzyką folkową. Często jest używany w muzyce country. Ja go nabyłam z osiem lat temu. Kiedyś zobaczyłam na YouTube nagranie z tym instrumentem, zaczęłam oglądać filmiki z muzykami, którzy na nim grają. Urzekło mnie jego brzmienie. Kupiłam go i zaczęłam grać. Za tą decyzją przemawiał również fakt, że dla wokalistki jest bardzo wygodny i dobry do akompaniamentu. Oczywiście, można też na nim grać bardziej wirtuozersko, ale ja jak na razie nie posiadłam takiej umiejętności.
JW: Ogólnie w Waszym zespole jest pięciu członków i macie bogate instrumentarium. Jak uformował się Wasz skład?
AK: Wszystko zaczęło się tuż przed pandemią, jakieś dwa miesiące przed wybuchem. Do czasu jej wybuchu zdążyliśmy zrobić dwie próby i w jej trakcie musieliśmy zrobić przerwę. Wtedy można było przez dłuższy czas pisać tylko piosenki u siebie w domu. Na początku nasz zespół to był duet. Wtedy występowałam z Emilem Smardzewskim. Graliśmy wówczas covery. Kiedy dowiedział się, że mam autorskie utwory, przekonał mnie, żebyśmy popracowali nad nimi wspólnie. Ja od początku w tych wszystkich piosenkach słyszałam wiolonczelę, więc pomyślałam o zaangażowaniu wiolonczelisty lub wiolonczelistki. Moja przyjaciółka poleciła mi wtedy dwóch swoich kolegów. Ja akurat napisałam do pierwszego z nich – Filipa Turkowskiego. Przyjął propozycję i jest z nami do teraz. Na początku grał z nami także Adrian Ciesielski, ale wyjechał do Szwajcarii. Z zawodu jest stroicielem pianin i tam pojechał pracować w swoim zawodzie. Na początku próbowaliśmy być zespołem na odległość, ale ostatecznie okazało się to zbyt trudne i wstrzymujące. Wtedy na perkusję dołączył do nas Kuba, z którym znałam się wcześniej z nieistniejącej już Wrocławskiej Szkoły Jazzu. W międzyczasie zdecydowaliśmy, że chcemy mieć w zespole również bas. Wcześniej wiolonczela często grała partie basowe. Na kontrabasie dołączył do nas Mikołaj Główczyński. Ale nasze drogi również się rozeszły. I teraz od około półtorej roku na gitarze basowej gra z nami Eryk Susicki. Tak też formował się nasz aktualny skład i czuję, że to już jest ten ostateczny.
JW: Wspominałaś trochę o tej nadchodzącej płycie. Jaka ona będzie? Czego można się spodziewać po trzecim albumie zespołu kilka czułości?
AK: Jeszcze sami do końca tego nie wiemy, czego można się spodziewać (śmiech). Jeszcze jesteśmy cały czas w procesie, a nie lubimy sobie stawiać jakiś sztywnych ram, nie chcemy za bardzo się kategoryzować i ograniczać. Dlatego pytania o gatunki muzyczne są dla nas zawsze bardzo trudne. Natomiast chcielibyśmy pójść trochę dalej w rockowe klimaty. Teraz większą rolę będzie pełnić gitara elektryczna. Ponadto, wcześniej na naszych płytach często pojawiał się kontrabas, teraz będzie gitara basowa. Eryk ostatnio kupił sobie sześciostrunowy bas. Na pewno będzie to trochę mocniejsza muzyka, trochę bardziej tajemnicza i mroczna. Na albumie znajdzie się jeden typowo folk-rockowy utwór. Ja mam nadzieję, że będzie dużo wspólnego śpiewania, nie tylko takiego z osobami zaproszonymi do współpracy, ale także w wykonaniu chłopaków. Oczywiście, wraz z tym bardziej rockowym i mrocznym klimatem chcemy przekazać więcej emocji i być jeszcze bliżej natury.
JW: Czyli rozumiem, że będzie mniej tej stylistyki balladowej, która jak mówiłaś w jednym z wywiadów, jest ci najbliższa?
AK: No, nie wiem, czy mniej. Myślę, że po prostu to będą trochę inne ballady, niż dotychczas. Może raczej będzie w nich więcej przestrzeni. Zazwyczaj jak pracuję nad piosenką, to akompaniuję sobie na jednym z instrumentów: pianino, autoharfa, gitara, ukulele, a potem na próbie dochodzą pozostałe instrumenty… i wszystko finalnie może wyglądać zupełnie inaczej. Cieszy mnie to oczywiście. Często się zdarza, że utwór, który był najpierw balladą przestawał nią być. Jest taki utwór: „Kruche”, którego jeszcze nie opublikowaliśmy, ale już wiemy, jak będzie wyglądał. Będzie on mocno folk-rockowy, a w środku będzie pewne „przełamanie” i kilka taktów typowo balladowych, gdzie zostaje tylko gitara, wiolonczela i mój wokal. Staje się wtedy taki refleksyjny, emocjonalny i to mi się bardzo podoba.
JW: O ile pamiętam, to ty sama piszesz teksty w zespole. Co cię do tego inspiruje, poza tym wspominanym już motywem wody? Mogłabyś rozwinąć ten wątek?
AK: Tak, na razie piszę teksty wyłącznie ja, ale przynoszę je na próby i często konsultuję je z chłopakami. Jestem otwarta na różne sugestie, ale wiadomo, że nie zawsze muszę się z nimi zgadzać. Pamiętam, że inspiracją do napisania jednej piosenki był sen naszego basisty – Eryka. On przyniósł do studia zarys linii basowej, która mu się przyśniła. To właśnie ta melodia mnie zainspirowała. Zaczęłam o tym myśleć, o świecie snów, wyobraźni, zastanawiałam się, co się dzieje w naszej głowie, kiedy śpimy. Poza tym oczywiście wymieniona woda i natura. To też mogą być jakieś wydarzenia, które mnie w danym momencie poruszą. Dużo łatwiej jest mnie poruszyć jakimiś smutnymi wydarzeniami, natomiast staram się też zatrzymywać te wesołe. One motywują do pójścia dalej. Natomiast smutne doświadczenia motywują mnie do tego, żeby się zatrzymać, na przykład wypłakać się i wraz z tymi łzami może powstać tekst. Pamiętam taką trudną rozmowę z moją przyjaciółką o tematyce śmierci. To była bardzo bliska mi osoba i z tej historii też powstał tekst.
JW: Jak wygląda u Was proces powstawania płyty? Czy na płytach zamieszczacie utwory wprost świeżo nagrane pod najnowszy album, czy bardziej te „z szuflady”, które już przeleżały swoje?
AK: Robimy i tak i tak (śmiech). Są takie utwory, które czekały i są takie, które nadal czekają i niektóre powstały już dawno, a nie pojawią się na nowej płycie. Niektóre te piosenki leżące w szufladzie, to często nie skończone kompozycje, tylko jakieś zalążki utworów. Bywa na przykład, że z takich czterech wersów z szuflady powstaje cała piosenka. Czasami zdarza się, że mamy już jakąś bazę utworów, nad którą pracujemy, a w międzyczasie powstanie jeszcze zupełnie nowa piosenka.
JW: A jak powstają Wasze kompozycje? Czy ktoś u Was sam komponuje utwór, a potem to omawia z resztą, czy wspólnie to robicie? Przede wszystkim. Co powstaje pierwsze? Tekst, czy muzyka?
AK: Poza tą wspominaną piosenką Eryka, do której skomponował linię basu, to zazwyczaj jest tak, że to ja piszę tekst i tworzę zarys melodyczny utworu. Następnie nad moim szkicem pracujemy wspólnie, zmieniamy na przykład harmonię, czasami przearanżujemy melodię i dodajemy partie instrumentalne. Zazwyczaj to każdy odpowiada za swój instrument. Nie ma tak, że ktoś z góry wymyśla, jak mają brzmieć wszystkie instrumenty. Tak wygląda ta nasza wspólna praca aranżacyjno-twórcza.
JW: Przejdźmy do tematyki występów na żywo. Byłem na Waszym koncercie na WrOFF Showcase. Poczułem tam bardzo intymną, nostalgiczną, a także oniryczną atmosferę. Na Waszych koncertach jest ponadto dużo teatralności…
AK: Tak, to prawda. Ja naprawdę kocham teatr. W teatrze także szukam swoich inspiracji i tak samo reszta naszego składu lubi tę formę sztuki. Części z nas zdarzyło się komponować muzykę do spektakli, część z nas miała okazję akompaniować podczas spektaklu, niektórzy również mieli przyjemność występować w różnych sztukach teatralnych. W czasach licealno-studenckich zdarzyło mi się zagrać w trzech spektaklach. Jednym z moich marzeń było zostanie aktorką. Ostatecznie, jak widać zostałam wokalistką i postanowiłam pisać piosenki, i wykonywać je na scenie. Ale, jako że wykonujemy nasze autorskie piosenki i sami kreujemy to, co się dzieje na scenie, to mogliśmy połączyć też tę moją drugą pasję i dodać do naszych występów trochę teatralności. W moim odczuciu to jeszcze dodatkowo podkreśla znaczenie moich tekstów i to, co ogólnie ma do przekazania każda piosenka. To jest fajny dodatek, dzięki któremu więcej dzieje się podczas naszych występów i jest to atrakcyjniejsze dla widowni, a my mamy z tego dodatkową zabawę. Na przykład w dwóch utworach mamy zasłonięte oczy, raz przepaskami, a raz maskami. Dla mnie akurat jako wokalistce jest łatwiej, w przeciwieństwie do chłopaków- instrumentalistów. Dlatego też jestem im wdzięczna, że zgodzili się na to rozwiązanie, bo trzeba było to mocno przećwiczyć.
JW: Skoro szykuje się nowa płyta, to jakie plany koncertowe ma zespół kilka czułości? Dużo ich będzie w najbliższym czasie?
AK: Tak, teraz właśnie są wakacje i jest to taki czas koncertowy. Dużo będziemy jeździć. Szczegóły są dostępne na naszych social mediach. Niedługo będziemy jechać do Warszawy, Zamościa, Ostrowca Świętokrzyskiego. W sierpniu wybieramy się na Warmię, Mazury oraz do Gdańska. Dla nas trasa warmińsko-mazurska w sezonie letnim stała się już tradycją. To już trzeci rok z rzędu, kiedy tam jedziemy.
JW: Niedawno wystąpiliście w programie Must Be the Music. To, na co zwrócili uwagę jurorzy, to fakt, że „czuć, że tutaj gra zespół”. To podkreślił Dawid Kwiatkowski. To chyba dużo mówi o atmosferze w zespole…
AK: No tak, lubimy się w zespole (śmiech). To na pewno bardzo pomaga. Jest bardzo dużo ciekawych sytuacji podczas wspólnej pracy i grania, ale są też oczywiście te trudniejsze. Pamiętam, jak zepsuło nam się auto o pierwszej w nocy podczas trasy. Jechaliśmy dwoma samochodami i zostało jedno… Ale, byliśmy wtedy wszyscy razem. To są takie trudne momenty, kiedy jesteś zmęczony, głodny, jest zimno, chcesz iść spać. W takich sytuacjach ważne jest wzajemne wspieranie się w zespole. My nie tylko widujemy się podczas pracy, ale także chodzimy razem na przykład na ściankę wspinaczkową, razem gotujemy. Zgadzam się z tym, co powiedzieli nam w programie. Takie małe i podstawowe kwestie wpływają też na naszą muzykę i na to, jak razem brzmimy. Na pewno człowiek wtedy czuje się pewniej na scenie i bezpieczniej. Czasami jest na przykład lekki niepokój, jak gramy z zasłoniętymi oczami, że wpadnę na któregoś z chłopaków, ale jak sobie ufamy, to łatwiej sobie z tym poradzić.
JW: Na koniec pytanie o Wasze muzyczne inspiracje. Jacy artyści Was inspirują? Czy jacyś inni muzycy wpłynęli na to, że tworzycie taką, a nie inną muzykę?
AK: No, na pewno nasz kierunek stworzyliśmy od zera i od serca (śmiech). Natomiast, każdy z nas słucha muzyki i czymś się inspiruje, coś go kształtowało, kiedy był młodszy. Mnie osobiście najbardziej ukształtował zespół The Beatles i do dzisiaj są u mnie na szczycie. Słucham ich od bodajże ósmego roku życia. Moi rodzice ich słuchali, mieliśmy dużo płyt i kaset. Pamiętam, jak już wówczas spisywałam sobie fonetycznie ich teksty, bo nie znałam jeszcze aż tak angielskiego i starałam się śpiewać razem z nimi. Poza tym, tekstowo bardzo cenię sobie Agnieszkę Osiecką, a także muzykę Grzegorza Turnaua. To chyba stąd ta poetyckość moich tekstów. Słucham też dużo Dodie, Pomme, a ostatnio również Gaby Moreno. Emil całym sercem kocha Fryderyka Chopina, AC/DC, Dżem i Czerwone Gitary. Inspiracje Filipa to: Led Zeppelin, Pink Floyd, The Who, Stephan Braun. Eryka: The Beatles, Billie Eilish, Tool, Led Zeppelin, a Kuby: Warren Baby Dodds, Tymon Tymański, Steve Reich.
JW: Skoro już mowa o The Beatles. Który okres w ich twórczości lubisz najbardziej? Początek lat 60. i albumy typu „Please Please Me”, „Help”, czy późniejszy okres – z albumami jak „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, czy „Abbey Road”?
AK: Wiesz, ja nie umiem odpowiedzieć, jaką płytę lubię najbardziej. Ja naprawdę jestem ich absolutną fanką. Aktualnie czytam taką książkę o relacji Johna Lennona i Paula McCartneya „John & Paul. The Beatles i muzyczne love story”. Bardzo mi się podoba, że w tej książce opisują początki zespołu i różne trudności, jakie Beatlesi napotykali na swojej drodze. Aktualnie mocniej ciągnie mnie do tej późniejszej twórczości zespołu – „Abbey Road”, „White Album”. Jednak nie powiem, że któraś z tych płyt jest moją ulubioną. Pierwszym albumem The Beatles, który przesłuchałam było „Help”. Nie zmienia to faktu, że nie jestem w stanie wybrać jednego, mojego ulubionego albumu Beatlesów (śmiech). Mogę natomiast powiedzieć, że moją największą miłością muzyczną jest Paul McCartney i byłam na jego trzech koncertach.
Rozmawiał Jakub Wojtowicz
fot. Janek Kamiński
