Małgorzata Kozłowska – wokalistka, aktorka, kobieta o wielu twarzach. Zapraszamy na wywiad!
𝗝𝗮𝗸𝘂𝗯 𝗪𝗼𝗷𝘁𝗼𝘄𝗶𝗰𝘇: Jesteś związana z wieloma dziedzinami sztuki: aktorstwem, muzyką, dubbingiem, ceramiką, a nawet krawiectwem. Skąd tak szerokie zainteresowania?
𝗠𝗮ł𝗴𝗼𝗿𝘇𝗮𝘁𝗮 𝗞𝗼𝘇ł𝗼𝘄𝘀𝗸𝗮: To bardzo dobre pytanie, ale nie tak łatwo na nie odpowiedzieć… Moim głównym zawodem jest aktorstwo. Jestem absolwentką Akademii Teatralnej. Jako mała dziewczynka uczęszczałam do szkoły muzycznej pierwszego stopnia, której nie ukończyłam. Byłam w klasie skrzypiec, ale po czterech latach zrezygnowałam. Mówiąc dyplomatycznie, przeszkadzała mi bardzo toksyczna atmosfera panująca w tej szkole. Kto chodził do szkoły muzycznej, ten wie, o czym mówię… Rzuciłam ją na rzecz tańca towarzyskiego i w międzyczasie właśnie grałam w różnych filmach, serialach i ostatecznie zdecydowałam się na drogę aktorską. To specyficzny i nieprzewidywalny zawód. Mam w nim ograniczoną sprawczość. Wiesz, sama sobie nie wybuduję teatru, sama nie stworzę firmy produkcyjnej i nie zatrudnię się w filmie, czy w serialu. Czasami pracy jest bardzo dużo, czasami bardzo mało i coś trzeba w tym czasie robić, To dlatego rozwijam takie poboczne pasje, które też sprawiają mi bardzo dużo radości.
𝗝𝗪: Już jako trzylatka wygrałaś konkurs piosenki dziecięcej. Można powiedzieć, talent wrodzony. Pamiętasz coś z tego okresu?
𝗠𝗞: Tak, pamiętam, to był rok 1998, festiwal Wesołe Nutki. Zostałam tam zgłoszona przez moją panią od muzyki. To była duża impreza, coś w rodzaju festynu. Na miejscu okazało się, że nie mieliśmy podkładu. Wtedy to nie było takie proste zorganizować podkład. Dzisiaj zasiadam w jury różnych konkursów wokalnych i jak ktoś ma problem z podkładem można coś pobierać z internetu. Wówczas musiał być nagrany na kasecie. Musiałam wystąpić a cappella, bez podkładu, bez muzyki. Nie zniechęciło mnie to i chyba zawsze taka byłam. Po prostu wyszłam i zaśpiewałam dwie piosenki: „Zerwę ja rumianki” i „Tańcowała igła z nitką”.
𝗝𝗪: No proszę. Jak dziecko czuje się, kiedy zdarzają się takie sytuacje? Pewnie z jednej strony pozwalają pokazać siebie w pełni jako indywidualność, ale z drugiej strony potęgują stres…
𝗠𝗞: Wiesz co, jak miałam te trzy latka, to podejrzewam, że się nad tym nie zastanawiałam. Było zadanie do wykonania, to je wykonałam i poszłam do domu (śmiech). Więc, hej, przygodo! I w sumie trochę mi to zostało. Kiedy mam jakieś takie trudniejsze momenty albo coś wyraźnie próbuje pokrzyżować mi plany, to po prostu staram się nie zwracać na to uwagi i robić swoje. Tylko przez to można coś osiągnąć.
𝗝𝗪: Tak na chwilę jeszcze wróćmy do tych skrzypiec. Mój poprzedni rozmówca – Piotr Cugowski też uczył się na nich grać w szkole muzycznej i mówił, że to najlepszy instrument do rozwoju słuchu muzycznego. Zgadzasz się z tą opinią?
𝗠𝗞: Zdecydowanie tak. Grając na pianinie masz konkretne klawisze, grając na gitarze masz chociażby progi, przy skrzypcach musisz tak naprawdę polegać tylko i wyłącznie na swoim słuchu. To bardzo trudny instrument, ale niezwykle rozwija słuch.
𝗝𝗪: Na twojej liście koncertów znajdują się zarówno kameralne, bardziej eventowe i te skierowane do dzieci. Przyznasz, to bardzo różnorodni odbiorcy. Do których dotarcie jest największym wyzwaniem?
𝗠𝗞: To wszystko zależy, bo czasami jest tak, że przyciągnięcie zainteresowania dorosłego słuchacza jest tak samo trudne, jak dzieci. Dzieci są troszeczkę mniej skupione, co na przykład widzę po lekcjach śpiewu czy aktorstwa, które prowadzę. Po pół godzinie już się nudzą i szukają kredek. Chcą rysować, kolorować… Tak więc, wytrzymać godzinny koncert to jest wyzwanie. Zawsze staram się z repertuarem żeby dzieci znały wykonywane przeze mnie piosenki. Tak przy okazji, zaznaczę, że na moje koncerty skierowane głównie do młodszej części publiczności także przychodzą dorośli. Na przykład na „Koncert o marzeniach”. Podczas nich dorosła publiczność lubi powspominać swoje dzieciństwo, chce znaleźć lub ukochać takie swoje wewnętrzne dziecko. Mam do zaoferowania przeróżne koncerty. Szczególnie dużym wyzwaniem jest „Koncert patriotyczny”. Składa się on z bardziej klasycznych utworów jak „Warszawskie dzieci” po bardziej współczesne – lata 60., 70., 80. czyli Republika, Marek Grechuta, Grzegorz Turnau, Maanam, Czesław Niemen. Dużo zależy od publiczności. Do tej pory nie przypominam sobie sytuacji, żebym miała przysłowiowe „zdarzenie ze ścianą”. Zawsze miałam to szczęście, że trafiałam na przychylność ze strony odbiorców.
𝗝𝗪: No, ale też nie zawsze na koncercie widzisz reakcję publiczności. To też zależy, gdzie go grasz. Prawda?
𝗠𝗞: Tak, to prawda, jak jest bardzo duży koncert to faktycznie ciężko jest zobaczyć twarze ludzi. Widzisz tylko pierwsze rzędy. Jeżeli koncert jest kameralny, to wtedy łatwiej troszeczkę wyczuć tę energię, nawiązać kontakt, nawet zadać pytanie i wejść w interakcję. Ostatnio brałam udział w takim niezwykłym koncercie. To był akurat koncert z piosenkami Agnieszki Osieckiej na Dzień Kobiet w Czarnolesie, gdzie było bardzo kameralnie. Koncert zaczynaliśmy ok. 16, więc było jasno i publiczność była tak blisko, że ja przysięgam, widziałam najdrobniejszą reakcję każdego widza. To było też bardzo ciekawe i zarazem trudne. Łatwiej jest stać na scenie i żyć trochę takim wyobrażeniem. To zawsze mniejszy stres. Jak widzisz każde mrugnięcie okiem to zastanawiasz się „o kurczę, może coś źle, a może dobrze…”.
𝗝𝗪: No to w sumie dobrze, że jako dziennikarz nie byłem na tym koncercie. Widziałabyś gościa, który ciągle coś notuje w telefonie. Siłą rzeczy, muszę tak robić…
𝗠𝗞: (śmiech) A nie, to wiadomo. To jest twój zawód i jesteś jak najbardziej usprawiedliwiony. U mnie na koncertach akurat rzadko się zdarza, żeby ktoś korzystał z telefonu. Mam wyjątkowe szczęście do uprzejmych widzów.
𝗝𝗪: Przejdźmy do tematu koncertów online, bo takie też robisz. Zaczęłaś w okresie pandemii. Jakie to jest uczucie, kiedy nagle znika ten bezpośredni kontakt z publicznością?
𝗠𝗞: Powiem Ci, że te koncerty „covidowe” były bardzo trudne. Na koncertach z publicznością zawsze można wyczuć atmosferę choćby przez to, że pojawiają się brawa po każdej piosence, czy jakakolwiek reakcja. Podczas tych koncertów miałam obok siebie muzyka/ów, realizatora, reżysera koncertu, czasem była też osoba odpowiedzialna za dźwięk i jeszcze dodatkowy operator. Wówczas nasza ekipa była bardzo malutka, no i było to wyzwanie psychiki. Mimo to, starałam się podtrzymać kontakt z odbiorcami, na przykład reagowałam na wpisy na czacie na YouTube. Dalej pozostało tylko wyobrażanie sobie reakcji… Nie ma tej wzajemnie przekazywanej energii pomiędzy artystą, a publicznością.
𝗝𝗪: No, rozumiem. To rzeczywiście zaburza taki obraz, nie ma poczucia intymności z artystą. To trudny format. Kiedyś śledziłem na YouTube taką jedną artystkę, która nagrywa live materiały – śpiewa w swoim mieszkaniu i przyznam, że szybko znudziłem się tym formatem. Tak więc, to duże wyzwanie. Czy taki format wpływa na dobór repertuaru? Są jednak utwory, których wykonywanie wymaga specyficznych warunków i odpowiedniej przestrzeni…
𝗠𝗞: Wiesz co, raczej nie. Ja tak nie podchodzę do tego tematu. Mam taki charakter, że jak sobie coś już wymyślę i postanowię, to tak będzie. W tych „czterech ścianach” wykonywałam przeróżny repertuar – od też bajkowego, musicalowego po piosenki naprawdę bardzo poważne i nawet wymagające. „Let it go…”. Warunki jakie były, takie były i ja śpiewałam takie piosenki jak: „Nie opuszczaj mnie” (utwór Michała Bajora przyp. red.) czy jakieś inne trudne utwory. Pamiętam taki koncert, do którego musiałam bardzo mocno się przygotować i dziś szczerze jestem z niego dumna. To był koncert piosenki aktorskiej. Był czarno-biały i był tam bardzo trudny repertuar, od „Millhaven” (animacja Bartosza Kulasa przyp. red.) przez „Kanapkę z człowiekiem” Gintrowskiego po piosenki Republiki. Zachowało się kilka fragmentów tego koncertu. „Millhaven” cieszy się dość dużą popularnością. Do dziś dostaję powiadomienia, że ludzie tego słuchają. Koncert odbył się 22 października 2021 roku. To był jeden z tych koncertów, w którym dawałam z siebie 400% – tak na maksa.
𝗝𝗪: A czy wśród tych piosenek, które wymieniłaś mogłabyś znaleźć jedną taką, która stanowiła dla ciebie największe wyzwanie w historii wszystkich twoich występów?
𝗠𝗞: To chyba właśnie „Millhaven”.
𝗝𝗪: Na czym polega ta „trudność” w tej piosence. Co sprawiło, że dziś uważasz ją za największe wyzwanie?
𝗠𝗞: Przede wszystkim długość – trwa 7 minut i jest to zdecydowanie najdłuższa piosenka, jaką kiedykolwiek w życiu zaśpiewałam, ale jest też bardzo trudna pod względem interpretacyjnym, bo dosyć wolno się rozwija i tak naprawdę każda zwrotka to jest już zupełnie inny stan emocjonalny. Ogólnie, aktorstwo to jest zmienność, inaczej staje się nudne. „Millhaven” to świetne pole, żeby aktor mógł utrwalić w sobie takie podejście.
𝗝𝗪: To wróćmy na chwilę do Agnieszki Osieckiej, bo jak czytałem, Agnieszka Osiecka i jej spuścizna pełnią niezwykle ważną rolę w Twoim muzycznym życiu…
𝗠𝗞: To prawda. Jako studentka Akademii Teatralnej postanowiłam zgłosić się do festiwalu „Pamiętajmy o Osieckiej”. Najpierw jest tam seria koncertów w Sopocie, później są nagrody i na końcu „grande finale”. Akurat wtedy to było w Warszawie, w Teatrze Roma. Teraz jest wszystko w Poznaniu. To był szalony czas… W międzyczasie, kiedy trwał ten festiwal przygotowywałam się do innego projektu, do premiery spektaklu na Festiwalu Stolicy Języka Polskiego w Zamościu. To był spektakl z tekstami Bolesława Leśmiana. Byłam wtedy rozdarta troszeczkę, ale tam ostatecznie zajęłam na festiwalu „Pamiętajmy o Osieckiej” trzecie miejsce. Później cały czas te piosenki Agnieszki Osieckiej były mi bliskie. Bardzo doceniam taki kunszt poetycki i obłędne posługiwanie się słowem, te wszystkie metafory, piękne nawiązania, opisy. Coś wspaniałego. Agnieszka Osiecka była naprawdę mistrzynią, bardzo rezonuje z moim gustem. Stąd też ten pomysł na koncert „Miłość w Portofino”, który obecnie powstaje w zupełnie nowej wersji. Ten koncert, na którym Ty byłeś wcześniej we Wrocławiu to jeszcze była „Miłość w Portofino” w starej wersji, która powstała dość spontanicznie. Po zagraniu kilkunastu koncertów doszłam do wniosku, że chciałabym ją zupełnie zmienić. Zostaje ten sam tytuł, bo bardzo mi się podoba (śmiech). Obecnie pracujemy z wybitnym aranżerem i kompozytorem – Jackiem Kitą (znanym m.in. z wielu musicali przyp. red.) nad zupełnie nową wersją, która będzie taka gorąca, sensualna, romantyczna, ale też dosyć mocno rytmiczna, nie chcę powiedzieć „taneczna”, ale będzie taki klimat Ameryki Południowej. Jesteśmy w trakcie przygotowań, prób, te aranże dopiero powstają, zmieni się skład muzyków. Mam pozbierane wszelkiego rodzaju inspiracje i teraz na dniach wyjaśni się, kiedy dokładnie i gdzie będzie premiera nowej wersji. Nie mogę się doczekać.
𝗝𝗪: Szykuje się trasa po całej Polsce?
𝗠𝗞: Oj, bardzo bym chciała, choć to też nie do końca ode mnie zależy, bo ja działam w takim systemie, że po prostu ktoś konkretnie musi mnie zaprosić, więc ja sama nie jestem organizatorem koncertów. Oczywiście ja i moja menadżerka – Marta Jachnik robimy wszystko, żeby tak było, tylko na razie jeszcze jesteśmy na etapie kończenia nowego projektu. Powstaje od zera, ale z ogromnym sercem i z olbrzymim zaangażowaniem wielu osób. Chcemy, żeby powstało coś spektakularnego.
𝗝𝗪: Jesteś również nauczycielką śpiewu, dykcji i nie tylko, ale skupmy się na muzyce. Do kogo są skierowane Twoje lekcje?
𝗠𝗞: Moje lekcje są skierowane tak naprawdę do wszystkich. Wiem, że pewnie nie satysfakcjonuje Cię taka odpowiedź, ale to prawda bo przychodzą do mnie zarówno osoby, które są zupełnie początkujące. Piszą do mnie osoby różnej płci np.: „Gosia, widziałam/em jak śpiewasz, czuję, że masz fajną energię, chcę zacząć śpiewać, nigdy nie śpiewałam/em…”. Zaczynamy od zajęć z emisji, ćwiczymy też poczucie rytmu, kształcimy słuch. Ponadto, przychodzą osoby, które już trochę śpiewają, mają swoje kanały na przykład na YouTube. Osoby, które chcą się podszkolić i już myślą o bardziej zawodowym śpiewaniu, niektórzy nawet już koncertują i potrzebują kogoś bardziej master class. Takie osoby też się zdarzają. To duży przekrój. To dlatego uwielbiam tę pracę, bo jest bardzo różnorodna i nie ukrywam, że jest to bardzo inspirujące.
𝗝𝗪: A dopytam, oczywiście bez nazwisk. Czy zdarzały się jakieś znane osoby, przynajmniej w swoich niszach?
𝗠𝗞: Tak, tak, to były osoby, które normalnie występują na co dzień w telewizji, w filmach czy w serialach też przychodzą do mnie na zajęcia. Są to takie sytuacje, kiedy np. mają jakąś rolę wokalną albo zostały zaproszone na koncert, a nie czują się pewnie. Nie ukrywam, że czasem to są i duże nazwiska.
𝗝𝗪: A kiedy zaczęłaś realizować się jako nauczycielka?
𝗠𝗞: Pięć lat temu, mniej więcej rok po tym, jak się rozpoczęła pandemia. Stwierdziłam, że czuję w sobie też potrzebę dzielenia się wiedzą. To był czas rozwoju mediów społecznościowych. Dzisiaj uczę ludzi z całej Polski i nie tylko, bo mam też Polaków mieszkających za granicą. Ta formuła online bardzo dobrze się sprawdza,, przygotowuję ludzi do szkół teatralnych, na konkursy wokalne, prowadzę regularnie zajęcia online i to jest wygodne. Każdy jest w domu, w swojej bezpiecznej przestrzeni. Tu też, jak wiadomo wchodzą kwestie logistyczne.
𝗝𝗪: Z Twojego doświadczenia. Czy tytuł piosenki Jerzego Stuhra „Śpiewać każdy może” można traktować dosłownie, czy wyłącznie jako ironię?
𝗠𝗞: Oj, to trudne pytanie… Wiesz co, śpiewać każdy może, tylko zależy jak ktoś chce śpiewać, bo jeśli ktoś chce śpiewać zawodowo, to naprawdę musi mieć jakieś wrodzone predyspozycje. Z drugiej strony, z doświadczenia wiem, że w dużej mierze jest też pamięć ciała. Jeżeli ktoś ma naprawdę niesprzyjające warunki naturalne do śpiewania, to jest w stanie też trochę się nauczyć poprzez pamięć ciała. Śpiewać może każdy, ale niekoniecznie trzeba od razu nagrywać płyty i robić to zawodowo, no chyba, że jest ktoś osobą bardzo majętną. Te osoby popularne w internecie, influencerzy to osoby o dużych zasobach finansowych. Wynajmują profesjonalnych songwriterów, muzyków, producentów. Jak masz pieniądze, to wszystko zrobisz. Ja niezbyt przychylnie patrzę na takie zjawiska, ale jak widać, śpiewać każdy może.
𝗝𝗪: No tak, od dawna mówi się, że dzisiaj, żeby zrobić karierę nie trzeba umieć śpiewać ani grać, tylko trzeba umieć się sprzedać.
𝗠𝗞: Dokładnie i trzeba mieć na to środki, bo każde nagranie piosenki, wydanie teledysku, to są naprawdę bardzo duże kwoty. Zrobienie tego na dobrym poziomie, to już w ogóle potrafi być studnia bez dna. Jednak, jak ktoś ma marzenie i powolutku dąży do celu to na pewno się uda. Ogólnie, ostatnio zauważyłam taki też nurt, że coraz więcej muzyków, influencerów czy celebrytów po prostu nagle z dnia na dzień staje się piosenkarzami czy wokalistami. Ostatnio chyba Lanberry na TikToku mówiła, że to ją niepokoi, bo później wychodzą takie osoby na scenę i śpiewają z playbacku. Dla mnie to oszukiwanie publiczności, a cała sztuka polega na tym, żeby wyjść i zaśpiewać bez playbacku, bez taśmy, bez autotune’a bez fejku – jak człowiek. Ale może to troszkę zbyt skrajne. Natomiast, ja nigdy nie zaśpiewałam nic z playbacku i nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Po prostu ze względu właśnie na szacunek do widza, który decyduje się na spotkanie ze mną na scenie. Dlatego nie boję się, że zastąpi mnie AI. Jeżeli się pomylę to trudno, jestem tylko człowiekiem i mam do tego prawo. Uważam, że prawda i szczerość jest bardzo cenna w dzisiejszych czasach.
𝗝𝗪: Masz swój kanał na YouTube. Jak dobierasz wykonywane przez siebie utwory?
𝗠𝗞: To są czysto emocjonalne wybory. Jeżeli coś mi się podoba i czuję, że chciałabym to nagrać, to po prostu to nagrywam. Nie ma tu żadnej większej filozofii. Nagrywam to, co mi aktualnie w duszy gra.
𝗝𝗪: Rozumiem, czyli u ciebie odbywa się to intuicyjnie…
𝗠𝗞: Tak, intuicyjnie, spontanicznie i bardzo emocjonalnie. Muszę po prostu pokochać tę piosenkę, uwielbiać ją ze wszystkich miar, żeby poświęcić na nią dużo czasu i pieniędzy. Nie ukrywajmy, żeby ją zrealizować, żeby nagrać audio, wideo i wypuścić na YouTube…
𝗝𝗪: Nagrałaś co najmniej dwie płyty. Czy jeszcze jakieś? Bo na Spotify znalazłem jedną całą i jakieś pojedyncze z drugiej… Ile płyt nagrałaś do tej pory?
𝗠𝗞: Nie, nie nagrałam żadnej płyty, to są tylko wrzucone piosenki z YouTube. Jeszcze nie nagrałam żadnej płyty. Myślałam o wrzucaniu swoich utworów na platformy streamingowe, ale zrezygnowałam. To generuje duże koszty bez zwrotu.
𝗝𝗪: Opowiedz o swoich współpracownikach. W końcu nie wszystko też śpiewasz sama, a współpracuje z tobą wielu bardzo utalentowanych muzyków. Z kim najbardziej cenisz sobie współpracę, z którymi współpracujesz najdłużej?
𝗠𝗞: To bardzo złożone pytanie i ciężko jest mi wyznaczyć jedną osobę, bo naprawdę jestem szalenie wdzięczna za to, że mam ten wielki zaszczyt i możliwość współpracować właśnie z obłędnymi i niezwykłymi muzykami. Obecnie nad nowym koncertem: „Miłość w Portofino” pracuję właśnie z Jackiem Kitą, ale na przykład koncert „Zapytaj o Polskę” zaaranżowała Urszula Borkowska, z którą znamy się od lat i którą bardzo, bardzo cenię i szanuję. Jest niezwykle utalentowaną kompozytorką i aranżerką. Ula Borkowska też skomponowała utwór „Tango Rzeź”, który po prostu bije rekordy popularności na moim kanale, a tekst napisał Bartek Magdziarz. Każdy koncert, który realizuję jest w innym składzie muzyków. Na koncercie „Zapytaj o Polskę” występuje Wojciech Gumiński, który gra na kontrabasie, z którym też się znamy od wielu lat i występujemy razem w spektaklach. Ponadto Marcin Słomiński na perkusji.
A na przykład w „Koncercie bajkowym” współpracuję z Przemkiem Zalewskim, z którym się znamy kilkanaście lat. Jeszcze jak chodziłam na zajęcia do Stołecznego Centrum Edukacji Kulturalnej – to tam się poznaliśmy, tam zaczęliśmy współpracować. Naprawdę mam wielkie, wielkie szczęście do niezwykle wrażliwych, utalentowanych muzyków i zawsze to bardzo doceniam.
𝗝𝗪: Najstarsze nagranie na Twoim kanale na YouTube to cover „I’m Not The Only One” Sama Smitha wspólnie z Bartkiem Alberem. Jak długo trwa Wasza współpraca? Ostatnio widziałem Cię na koncercie z Bartkiem.
𝗠𝗞: Z Bartkiem znamy się długo, myślę, że już ponad 20 lat. Zaczęliśmy współpracować, kiedy ja jeszcze byłam w szkole podstawowej i chodziłam do studia Grażyny Alber – Bartka mamy, na pierwsze lekcje śpiewu, interpretacji, emisji. To było jeszcze w Sulejówku pod Warszawą. To była pierwsza moja styczność ze światem wokalnym. Już wtedy Bartek grał. To niesamowity człowiek i muzyk. Bardzo się też lubimy i wspieramy i myślę, że jeszcze niejeden fantastyczny projekt przed nami.
𝗝𝗪: Na Twoim Facebooku dość kultowe stało się nagranie jak myjesz mikrofon. Rozumiem, że dbałość o szczegóły to standard przed Twoimi występami?
𝗠𝗞: (śmiech) Wiesz co, no tak, dbałość o szczegóły, ale też przede wszystkim dbałość o moje bezpieczeństwo i zdrowie, dlatego że jeżeli ja bym była chora, to po prostu jestem wyłączona z zawodu, nie jestem w stanie śpiewać. Bardzo łatwo jest się przeziębić, czymś zarazić. Dla mnie taki rodzaj właśnie higieny pracy jest absolutnym priorytetem i dlatego nie uważam, żeby to było jakieś dziwne albo skrajne. Chciałabym, żebyśmy wszyscy, szczególnie wokaliści to normalizowali. Tak jak zresztą spotkałam się z wieloma głosami, że radiowcy mają swoje końcówki do mikrofonów, gąbeczki. Każdy, kto pracuje np. przy audiobookach ma swoje słuchawki, ja też mam, nawet dwie pary. To jest normalne i troszeczkę się dziwię, że to wzbudza tyle kontrowersji i tym niektórym hejterskim komentarzom, ale z jakiegoś powodu ostatecznie stwierdziłam, że niech to będzie moja taka mała misja żeby to normalizować. Są efekty. Teraz coraz częściej na koncertach realizatorzy mówią mi: „Pani Małgosiu, proszę bardzo, jest już przygotowany, zdezynfekowany mikrofon”.
𝗝𝗪: No na koniec pytanie o twój gust muzyczny. Jakiej muzyki słuchasz? Jaką się inspirujesz?
𝗠𝗞: No widzisz, to też jest bardzo ciekawe, bo ja normalnie lubię słuchać praktycznie wszystkich gatunków muzycznych. Ostatnio mam fazę na muzykę country. Dwa lata temu byłam w Stanach i zrobiłam sobie taką wycieczkę z Nowego Jorku do Nowego Orleanu. To był taki muzyczny wyjazd po tych rejonach Stanów, od jazzu przez country, po bluesa. Jestem absolutnie zakochana w amerykańskim country i właśnie tego słucham, tylko takich głównie niszowych artystów. Ale na przykład lubię też słuchać czasami ścieżki dźwiękowej z filmów Almodovara (Pedro Almodovar – ceniony hiszpański reżyser kina autorskiego przyp. red.), czy z filmu „Elvis”, samego Presleya też bardzo lubię, poza tym Raya Charlesa, ale też Céline Dion i bardzo żałuję, że nie udało mi się jej zobaczyć. Miałam kupione bilety na te ostatecznie odwołane koncerty. Gustuję także w muzyce lat dziewięćdziesiątych, bardzo lubię Davida Fostera i jego kompozycje i aranżacje. W bardziej takim „nostalgicznym czasie” sięgam po Magdę Umer czy Grzegorza Turnaua. Jest tego bardzo dużo.
Rozmawiał 𝗝𝗮𝗸𝘂𝗯 𝗪𝗼𝗷𝘁𝗼𝘄𝗶𝗰𝘇.
