Powrót do klasyki, korzeni i prawdziwej muzycznej magii zespołu Pink Floyd

Wczoraj zapewnił nam to The Echoes Project.
Jest to bydgoski zespół składający się dziewięciu członków, który postanowił promować nad Wisłą dziedzictwo gigantów rocka i pokazał, że robi to perfekcyjnie.
Usłyszeliśmy cały album – ikonę – „The Dark Side of the Moon”. Jak tylko wybrzmiały pierwsze dźwięki „Speak to Me” wiedzieliśmy, że to nie żarty. Dalej było tylko coraz lepiej…
Na ekranie cały czas wyświetlane były sceny związane z prezentowanymi utworami.
Pierwszym poważnym wyzwaniem był utwór „Time”.
Czy gitarzyści poradzą sobie z solówkami Gilmoura?
Czy perkusista dobrze odda klimat perkusji Nicka Masona z początku?
Czy chórki dobrze uzupełniają dwójkę wokalistów?
Oczywiście. Podczas wykonywania cały czas słyszałem wersję z płyty.
Jednak, Pink Floyd to taki zespół, który zmusza do wirtuozerii na każdym kroku, a uważni słuchacze aż do końca będą trzymać rękę na pulsie…
„And I am not frightened of dying. Any time will do, I don’t mind…”
Czyli „The Great Gig in the Sky”
Przyznam, widziałem wiele wykonań tego utworu. Zawsze, nawet na najlepszych koncertach/albumach koncertowych, czy to Gilmoura czy Watersa czegoś mi brakowało. Choćby zbliżyć się w tej piosence do Clare Torry to piekielnie trudne zadanie. Jak było?
Naprawdę nieźle. Słychać było, że wokalistki bardziej oszczędzają głos, ale chyba jedna z bardziej zbliżonych wersji… Przedłużenia choć troszeczkę krótsze, to udało im się podkreślić emocje tej kompozycji.
„Money” zagrane bez najmniejszego zarzutu, wszystko się zgadzało. Gitary, saksofon, bas. Potem oddali emocje „Us and Them”. Nawet solówka na saksofonie była zbliżona do dynamiki prezentowanej przez Dicka Parry’ego.
Przy „Any Colour You Like” miałem na moment zagwozdkę… Trochę za wcześnie usłyszałem pierwsze riffy, ale to było chwilowe wrażenie. Gitarzysta pozwolił sobie nawet na trochę improwizacji perfekcyjnie wpisując się tym samym w filozofię Davida Gilmoura.
Końcówka – „Brain Damage” i „Eclipse” tak samo… Trochę bałem się, czy w tym ostatnim wokalistki dobrze wyczują, kiedy dołączyć. Byli znakomicie przygotowani.
Rozpisałem się, ale to nie koniec…
To dopiero 1/3 koncertu.
Była przemowa wokalisty i hołd dla Syda Barretta – jednego z najważniejszych członków zespołu. To on nadał grupie jej psychodeliczny kształt. Niestety, odszedł z zespołu pod koniec lat 60. z powodu problemów psychicznych. W tym roku mija 20 lat od jego śmierci.
To jemu zadedykowano album „Wish You Were Here” – oczywiście, na koncercie.
„Shine on You Crazy Diamond”
Czyli diamentowa interpretacja legendy. Solówki jak w oryginale, gitarzyści się nimi wymieniają.
„Welcome to the Machine”
To był prawdziwy popis instrumentarium. Gitara akustyczna, bas i perkusja tworzą rytmikę utworu, a przodują syntezatory. Doskonale wszystko słychać. O wokalu nie muszę wspominać.
„Have a Cigar”
Jeżeli chodzi o taki surowy rock, to chyba było wykonanie wieczoru. Najlepsza współpraca gitarzystów.
„Wish You Were Here”
Publiczność zapala latarki, piękna barwa wokalisty, zachęcanie publiczności do wspólnego śpiewania.
„Shine on You Crazy Diamond VI-IX”
Użyto lap steel guitar – drugiego po Black Stratocaster najważniejszego instrumentu Gilmoura. Szkielet ponownie tworzy bas. Wykonanie długie nostalgiczne.
Wspaniały hołd!
Encore – czyli „Dogs” – siedemnaście minut rockowego grania z przekazem traktującym o ludzkiej bezwzględności i wykorzystywaniu innych do swoich celów.
Na ekranie cały czas były wyświetlane obrazki nawiązujące do przekazu. Był motyw świni i Elektrownia Battersea. Motywy doskonale znane z albumu „Animals”, z którego pochodzi utwór. To tutaj wokalnie najbardziej usłyszałem Rogera Watersa.
Publiczność bardzo długo klaskała, zupełnie, jak w teatrze. To tylko pokazuje, jakie wrażenia zrobił zespół.
Na koniec, są drobne uwagi.
Przede wszystkim, płyta DVD w merchu koncertowym to kiepski pomysł. Mało kto ma już dziś odtwarzacz. Lepszy byłby Blu-ray. Ogólnie, merch nie był najwyższych lotów.
Były jakieś drobne błędy. Tu błąd gitarzysty, tu wokalistki raz przesadziły z przedłużeniami. To szczegóły.
Panowie i oczywiście Panie – czapki z głów!
Były momenty na tyle emocjonujące, że nie byłem w stanie się ruszyć z miejsca. Muzyka Pink Floyd towarzyszy mi pół życia, a Wy pozwoliliście mi do tego wrócić!
Dziękujemy Adria Art za zorganizowanie trasy, jeszcze raz zespołowi, wszystkim w to zaangażowanym i nie mniej zaangażowanej wspaniałej publiczności!
Jakub Wojtowicz
